czwartek, 9 lutego 2017

Rozdział 10

Niebieska i czarna smuga poruszały się z prędkością, za którą ludzkie oko nie było w stanie nadążyć. Przeplatały wzajemnie w potwornym tańcu wśród akompaniamentu dziwnych odgłosów, przywodzących na myśl zaciekłą walkę. Zamrugałam dwukrotnie, próbując nadążyć za przedziwnym zjawiskiem, ale mój mózg nie potrafił ogarnąć tego, co widziały oczy. Dopiero po paru niekończących się sekundach przeciwnicy zwolnili, krążąc wokół siebie jak dzikie zwierzęta pragnące jedynie rzucić się sobie do gardeł.

            Poczułam ucisk w żołądku i przełknęłam boleśnie ślinę. Puls niebezpiecznie mi przyspieszył. Ciemną smugą okazał się napastnik, który przed kilkoma minutami miał stać się moim bezdusznym katem. Strzępki jego bordowej bluzy zwisały na odkrytych ramionach, a z kilku ran na ciele sączyła się… czarna, gęsta maź.
            Żółć podeszła mi do gardła, ale nie byłam w stanie się odwrócić. Podążyłam wzrokiem za jego zawistnym spojrzeniem w momencie, gdy błękitne światło zwolniło, przybierając kształt… dorosłego człowieka.
            Mężczyzny.
            Wciągnęłam głośno powietrze. Mężczyzny, którego dobrze znałam… Chłopaka, który od kilku lat zajmował zaszczytne miejsce w moim życiu - miejsce wroga publicznego numer jeden.
            Patrzyłam na prawie dwumetrową, umięśnioną sylwetkę, na silne ramiona, słabo zasłonięte przez poszarpany, jasny podkoszulek, na mocno zarysowaną linię szczęki i baczne skupiające się na przeciwniku… oczy. Moje serce zabiło jak oszalałe.
            Oczy o barwie czystego szafiru.
            Poza nimi uwagę przyciągała niesamowita, nierealna wręcz sieć ciągnących się pod skórą dobrze widocznych żył… Żył, które świeciły nienaturalnie błękitnym, subtelnym światłem.
            Pokręciłam głową nie mogąc pogodzić się z informacjami płynącymi od swoich zmysłów. Zdawałam sobie sprawę z tego, co widzą moje oczy, ale i tak nie miało to sensu. Nie na tym świecie, nie w świetle dotychczasowych odkryć i wreszcie nie w rzeczywistości, która nie dopuszczała takich zjawisk! Z logicznego punktu widzenia to po prostu nie miało prawa bytu, takie rzeczy najzwyczajniej w świecie nie istniały! Niestety najwidoczniej logika niewiele miała do powiedzenia, kiedy w grę wchodził Blake Sanders.
            Oniemiała wpatrywałam się w połyskującą sieć żył wyglądających tak jakby zamiast krwi płynęło w nich skrystalizowane, bezchmurne niebo. Niebo, od którego nie dało się oderwać wzorku. W tym samym momencie poczułam zimną mackę strachu wkradającą się niepostrzeżenie na plecy. Instynktownie przyłożyłam dłoń do ust, choć i tak wyrwało się z nich ciche westchnienie. Nie wiem, jakim cudem Blake je usłyszał, w końcu stał ode mnie kilka dobrych metrów, ale natychmiast odwrócił się w kierunku, gdzie leżałam skulona na twardej, lodowatej ziemi. Omiótł spojrzeniem moją postać, a jego twarz wykrzywił wściekły grymas. Chyba nie spodobało mu się to, co zobaczył…
            W tej samej sekundzie napastnik rzucił się na Sandersa z mrożącym krew żyłach sykiem, a wielka dłoń uzbrojona w przedziwne ostrza, wyglądające jak zwierzęce szpony, zmierzała niebezpiecznie w kierunku serca chłopaka. Blake zareagował niesamowicie szybko, łapiąc przeciwnika za nadgarstek, wykręcając jego ramię i popychając mężczyznę do przodu. Ten zachwiał się nieznacznie, lecz po ułamku sekundy ponownie skierował swoje nienawistne spojrzenie w kierunku Sandersa, po raz kolejny próbując go zaatakować drugą ręką. Cios za ciosem, atakowali siebie nawzajem, a odgłosy walki rozchodziły się po polu.
            W oddali jakiś samochód szybko przejechał trasą, pozostawiając jedynie za sobą chwilowy odblask świateł. Z niepokojem zdałam sobie sprawę, że żaden z przejezdnych nie miał nawet szans zauważyć, co rozgrywa się nieopodal wiekowego dworku wyjętego wprost z horroru. Każda część ciała podpowiadała mi, że to co właśnie się dzieje jest kompletnie szalone, że tak naprawdę nic z tego, co widzę nie ma prawa istnieć. To musiał być sen, koszmar, zwidy czy jeszcze coś podobnego. Oczy jednak narzucały swoje zdanie, a mózg kłócił się z nimi, podsuwając coraz to bardziej absurdalne myśli. Jęknęłam cicho odsuwając z twarzy przylepione do skóry włosy. Mój zdrowy rozsądek gdzieś uleciał…
            W tym momencie Blake uchylił się przed atakiem wroga i gwałtownym uderzeniem odepchnął go do tyłu. Nieznajomy odleciał kilka metrów, ale po sekundzie stał już na nogach. Przekrzywił na bok głowę, a na jego ustach pojawił się szyderczy uśmiech.
            — Sin e makass voestre…— przemówił w nieznanym języku, oblizując wargi i wskazując w moją stronę.
            Wzdrygnęłam się czując dziwny dreszcz, a żołądek ścisnął mi się boleśnie. To wszystko brzmiało tak dziwacznie… To musiał być jakiś żart! Jedyne, czego byłam pewna, to że za żadne skarby nie chcę znowu znaleźć się w bliskim kontakcie z tym chorym szaleńcem. Odrętwienie powoli obejmowało całe moje ciało, więc szybko przycisnęłam rękę do piersi, próbując odsunąć się od nich jak najdalej, lecz owe wysiłki przerwał mroczny ton Blake’a.
            — Teu nya foél.
            Przerażona zerknęłam w jego stronę. Stał wyprostowany i spięty, a delikatne nicie pod jego skórą mieniły się własnym blaskiem, jakby miały za zadanie rozświetlać jego postać. Ten widok sprawił, że po drodze zgubiłam jeden oddech. Nabrałam głęboko powietrza, ponieważ przed oczami zatańczyły mi czarne mroczki. Słyszałam już ów język w ustach Blake’a, ale tym razem przesycony był potworną, wręcz nieludzką zawiścią.
         Niespodziewanie głośny, rechoczący śmiech wydobył się z piersi nieznajomego, lecz zaraz przeszedł w nieprzyjemny syk.
         — Sarúm — usłyszałam dziwną odpowiedź, przez którą Sanders z niesamowitą prędkością i zręcznością rzucił się wściekły w kierunku wroga. Dwaj silni przeciwnicy zderzyli się w zaciętej walce wręcz.
            Po raz kolejny byłam świadkiem jak dwie smugi, czarna i niebieska, przeplatają się w śmiertelnym tańcu. Centymetr po centymetrze odsuwałam się od pola walki, sunąc po ziemi jak ranne zwierzę, ponieważ nie ufałam krwawiącej nodze, czy będzie w stanie utrzymać mój ciężar. Zdałam sobie też sprawę, że wynik tej rozgrywki nie zależy ode mnie… Ciężko mi się oddychało, a panika rozsiewała swoje macki jeszcze bardziej chwytając mnie za gardło.
            Po chwili, która zdawała się trwać wieczność wszystko niespodziewanie spowolniło. Nawet wiatr, który rozwiewał do tej pory moje skołtunione włosy nagle ustał. Byłam już jakieś dziesięć metrów od walczących, kiedy usłyszałam dziwny, bulgoczący skrzek. Z duszą na ramieniu odwróciłam głowę i… zamarłam. 
            Oniemiała i lekko drżąca patrzyłam jak Sanders przyciska do twardej powierzchni przeciwnika, trzymając dłoń na jego charchoczącym gardle. Tamten szarpiąc się wbił szpony w ramię chłopaka, jednak Blake nawet się nie skrzywił.   
            — Mo té sai bsini — warknął Sanders.
            Nieznajomy ryknął na to przeciągle, próbując się wyrwać, ale nie miał żadnych szans. Zauważyłam jak zdesperowany wyszarpuje rękę z ramienia Blake’a, próbując dostać się nią do klatki piersiowej chłopaka. Sanders zareagował natychmiast, i po sekundzie oderwana kończyna leżała kilkanaście metrów dalej.
            Czułam uścisk w żołądku, gardło piekło mnie niemiłosiernie i byłam pewna, że zaraz zwymiotuję, ale nie mogłam odwrócić głowy. Przyglądałam się jak znany mi od lat chłopak, niby zwykły licealista, który od zawsze burzył każdy mój dzień, wyciąga swoją dłoń i kładzie ją na piersi charchoczącego coś, rzucającego się w konwulsjach wroga. Przymknął oczy, a jego usta opuściło słowo, którego nie byłabym w stanie powtórzyć.
          Błękitne światło, jakie uszło z dłoni chłopaka w ułamku sekundy rozprzestrzeniło się po ciele napastnika, zamykając go w swoistym, morderczym kokonie. Usłyszałam głośny odgłos pękania, lecz nie byłam w stanie powiedzieć, co stało się dalej, gdyż oślepiający błysk sprawił, że zdrową ręką przysłoniłam oczy. Gwałtowny podmuch wiatru otulił moją postać, więc automatycznie skuliłam się na zimnej, przerzedzonej trawie. Gdy kilkanaście sekund później z powrotem uniosłam powieki Sanders stał w miejscu, kilka metrów ode mnie, a u jego stóp nie było niczego, prócz czarnej, spalonej ziemi.
            Zapadła dzwoniąca w uszach, niespotykana cisza. Wzięłam głęboki oddech zdając sobie sprawę, że cała się trzęsę. Niebo przybrało już barwę ciemniejącego granatu, a księżyc obudził się do życia. Jego blade światło rozjaśniało mroki nocy powodując, że to co tutaj się zdarzyło, było jeszcze bardziej nierealne. Powietrze wokół nas wibrowało nienaturalnie, a ja przez moment byłam pewna, że nawet ziemia zadrżała od niewyobrażalnej mocy chłopaka. Uniosłam głowę i nieopatrznie podchwyciłam jego spojrzenie. Spojrzenie o barwie czystego nieba w piękny, słoneczny dzień.
            Mój umysł na moment przestał pracować.
            — Boże…— wyszeptałam, wpatrując się oniemiała w tęczówki Sandersa, w świetlistą mapę żył połyskującą na jego ciele, w ranę na jego ramieniu, z której teraz drobnym strumieniem sączyła się lazurowa krew…
            J…jak, do cholery? Czy wcześniej nie była czerwona?!
            Poszczególne obrazy, fakty, zdarzenia i domysły przelatywały przez moją głowę z niesamowitą prędkością. Moje serce waliło równie szybko, gubiąc rytm za rytmem. Widziałam nasze pierwsze dziwne spotkanie, słyszałam kłótnie i ciągłe przytyki, przypomniałam sobie nieudolne próby pogodzenia się, a potem mój umysł przeskoczył na nieco bliższe tory... Gdy Sanders ocalił mnie przed trzema napastnikami, gdy tulił mnie do siebie na strychowej podłodze, gdy jego rany goiły się w zastraszającym tempie… Jego ciągła obecność, która sprawiała, że czułam się nieswojo. A potem słowa sugerujące, że… nie jest człowiekiem. Teraz wszystko nabrało głębszego sensu.
            Ponownie spojrzałam na ciemną plamę u jego stóp – miejsce gdzie jeszcze przed minutą leżał mój niedoszły kat – i przełknęłam gulę, która uformowała się w moim wyschniętym na wiór gardle.  
            O cholera…
            W każdej żywej istocie jest coś, co nazywamy instynktem. I może to głupie, może czasem działa nieodpowiednio, ale nie miałam zamiaru się nad tym zastanawiać, gdy moje mięśnie automatycznie się spięły. Instynkt zadziałał wcześniej niż rozum i zanim zorientowałam się, co robię, biegłam już przez plac. Wydeptana ziemia chrzęściła pod moimi butami. Nie miałam pojęcia gdzie uciekam ani dlaczego. Mój mózg już dawno się wyłączył a władanie nad ciałem przejęła chęć przetrwania. Nawet ranna noga poniosła mój ciężar… Chciałam jedynie znaleźć się jak najdalej od tego, co przed chwilą miało miejsce. Od czegoś nierealnego, niemożliwego i nierzeczywistego jednocześnie. Takie rzeczy po prostu się nie dzieją – podpowiadał mi rozum, ale pamięć podsyłała obrazy widziane przed chwilą przez oczy. W głowie kłębiły się kolejne pytania, nie było jednak żadnych, sensownych odpowiedzi. 
            Czym był Blake? Potworem czy aniołem? Co zrobił, że z napastnika, który dziś mnie zaatakował została jedynie garść czarnego popiołu?! Czy z każdym za kim nie przepada może postąpić tak samo?
            Przełknęłam z trudem ślinę. Całą moją energię pochłaniał wysiłek, by jak najszybciej stawiać nogę za nogą.  By jak najszybciej uciec od… tej istoty. Przez zmęczenie i strach szumiało mi w uszach, ale niechciane obrazy i tak nie opuszczały mojej głowy…
            Żaden człowiek nie potrafił zmieniać koloru swoich tęczówek, żaden człowiek nie potrafił poruszać się tak niesamowicie szybko, ani też w żadnej ludzkiej żyle nigdy nie płynął krystaliczny lazur… Jeżeli więc wyrażenie „błękitna krew” było czymś więcej niż zwykłą, literacką metaforą to z pewnością nie chciałam mieć z tym nic wspólnego…
            Biegłam dalej mijając południową część ogrodzenia. Nic prócz ucieczki nie miało już znaczenia. Potknęłam się o wystający kamień i ledwo udało mi się utrzymać równowagę. Niestety przez ten manewr dała o sobie znać rana na nodze, która zapiekła niemiłosiernie. Wydawało mi się, że ktoś nagle oblał ją żrącym kwasem. Ręka również nie prezentowała się lepiej, gdy przyciskałam ją do piersi, by bezwładnie nie uderzała o biodro. Ból napłynął ze zdwojoną siłą, więc zagryzłam zęby, lecz uparcie biegłam dalej.
            Nagle usłyszałam za sobą kroki. Ktoś mnie zawołał, ale nie miałam zamiaru się zatrzymywać. Nie miałam najmniejszego zamiaru wkraczać do świata, który mnie przerażał! Nie zwalniając schyliłam głowę by przetrzeć załzawione od pędu oczy, gdy niespodziewanie... Zderzenie z czymś twardym pozbawiło mnie tchu.
            Odbiłam się jak piłka i z pewnością runęłabym do tyłu, gdyby ktoś nie otoczył mnie ramieniem. Otuliło mnie przyjemne ciepło i lekko cytrusowy, znajomy zapach.
            — Amelio, proszę…— usłyszałam łagodny głos Sandersa, ale spanikowana odepchnęłam jego pierś i zrobiłam kilka szybkich kroków do tyłu. Nogi mi się trzęsły z wysiłku i ledwo, co oddychałam. Zdążyłam jeszcze zarejestrować, że jego wygląd wrócił do normalności. Żyły nie przypominały już podskórnej, błękitnej mapy, a oczy wróciły do dawnego koloru. Znów zmusiłam się do biegu, niestety nie uciekłam zbyt daleko, ponieważ moją nogę przeszył nagły, kłujący ból, powodując, że z cichym jękiem opadłam na ziemię.  
            Sanders znalazł się przy mnie dosłownie w ułamku sekundy. Nim zdążyłam mrugnąć on klęczał i ze zmarszczonym czołem przyglądał się krwistej ranie.
            — Amelio…
            — Nie dotykaj mnie! — wrzasnęłam i z trudem odczołgałam się do tyłu. Jego bliskość nie działała teraz na mnie dobrze. Czułam się osaczona. Czułam, że zaraz serce wyskoczy mi przez wyschnięte gardło. Wiedziałam, że panikuję, lecz trudno się dziwić skoro przed momentem widziałam jak Sanders spopielił człowieka! Prawdopodobnie człowieka...
            Blake zmarszczył brwi patrząc jak się cofam. Uniósł ostrożnie dłonie w geście poddania.
            — Posłuchaj Amelio…— zaczął powoli, nie przysuwając się do mnie nawet o milimetr. — Przysięgam, że nie zrobię ci krzywdy. Chcę tylko spojrzeć na twoją ranę. — Wskazał na nogę.
            Siedziałam skołowana, próbując uspokoić oddech. Zaczynało kręcić mi się w głowie, co niestety nie pomagało w podjęciu decyzji, czy mogę zaufać Sandersowi. Mała część mózgu ciągle przypominała mi o tym, że prawdopodobnie po raz enty uratował moje pokręcone życie, ale reszta podpowiadała, że tak naprawdę nie wiem kompletnie z kim mam do czynienia.
            Głowę miałam coraz cięższą od natłoku myśli i stwierdziłam, że zaraz odpłynę. Kątem oka zarejestrowałam, jak Blake nieco się przysunął, patrząc z nieodgadnionym wyrazem twarzy na moją zakrwawioną nogę i wiszącą bezwładnie u boku rękę.
            — Nie skrzywdzę cię Amelio — powtórzył szeptem. — Nigdy bym tego nie zrobił.
Postawił jeszcze krok, a ja uświadomiłam sobie w tej sekundzie, że właśnie mu uwierzyłam, choć mój umysł wciąż trochę się buntował. W gruncie rzeczy nie miałam już nic do stracenia. Noga bolała tak bardzo, że najchętniej bym ją sobie odgryzła, z pewnością potrzebowałam szybkiej pomocy, a nie spodziewałam się, by w tej chwili ktoś inny mógł mi jej udzielić.
            Żeby się nie rozmyślić, skinęłam nieznacznie głową i z zaskoczeniem stwierdziłam, że chłopak odetchnął z ulgą. Znów ukląkł tuż przy mnie bacznie lustrując wszystkie obrażenia. Jego twarz nie wyrażała aktualnie nic prócz skupienia, ale widziałam jak drga mu mięsień na szyi. Delikatnie odsunął naderwany kawałek spodni, by bliżej przyjrzeć się ranie. Przez absurdalnie krótką chwilę podziwiałam jego przystojne rysy, potargane kruczoczarne włosy i widoczną pod koszulką, mocną pierś.
            Kim on do cholery był?
            Zamknęłam oczy, by uspokoić oddech, a gdy je otworzyłam zielone tęczówki wpatrywały się we mnie z nieskrywanym zmartwieniem. Było mi niedobrze, noga paliła mnie jakby ktoś oblał ją wrzącą lawą, a ręka dawała o sobie znać przy każdym wdechu. A jednak to spojrzenie sprawiło, że moje serce dziwnie przyspieszyło.
            — Amelio? — głos Blake’a przepełniony był niepokojem.
Zamrugałam i w tej samej sekundzie lekko drgnęłam, ponieważ dałabym sobie palca odjąć, że obok mnie znajdowało się dwóch Sandersów. Jęknęłam przeciągle. Już jeden wystarczająco mnie irytował, więc dwóch zdecydowanie przewyższało moje psychiczne możliwości. Dodatkowo wydawało mi się, że powoli odpływam, co w obecnej sytuacji wcale nie było zachęcającą perspektywą.
            — Nie ugryziesz mnie, prawda? — Nie wiem skąd przyszło mi do głowy to pytanie, a jeszcze bardziej nie znam powodu, przez który je zadałam, lecz nim całkowicie straciłam przytomność usłyszałam jeszcze podszyty rozbawieniem ton.  
            — Tylko, jeśli ładnie poprosisz.
***
        Nie zwymiotować – to pierwsze, co przyszło mi do głowy, gdy zdezorientowana uniosłam ciężkie powieki i rozejrzałam się wkoło. Sufit na moment zatańczył mi przed oczami, ale na szczęście to wrażenie szybko minęło. Odwróciłam głowę w bok. Było mi tak niedobrze, że miałam ochotę narzygać do stojącego na szafce nocnej, złotego wazonu.
Zatrzymałam się na moment.
            Zaraz… złotego wazonu? W tej samej sekundzie podniosłam się do pozycji siedzącej, przypłacając ten manewr bólem ręki, nogi i potwornymi zawrotami głowy. Zamrugałam dwa razy by odgonić dziwną słabość i zacisnęłam zęby, cicho pokonując ból. Ostatnio bardzo często zdarzały mi się takie cudowne pobudki. Wzięłam kilka głębszych oddechów i powoli wypuściłam je z płuc, dzięki czemu poczułam się odrobinę lepiej. Dopiero teraz mogłam rozejrzeć się po pomieszczeniu.
            Tym razem leżałam na miękkich poduchach w wygodnym, małżeńskim łożu, które z pewnością nie należało do mnie. Podobnie zresztą jak cała sypialnia. Pokój utrzymany był w typowo górskim stylu. Ściana naprzeciwko stanowiła połączenie kamienia i gładzi, a położony pośrodku kominek, przyozdobiony był pięknym, rzeźbionym gzymsem. Ogień buzował nadając przytulności całemu wnętrzu i zachęcał, by usiąść bliżej na jednym z wygodnych, pluszowych foteli. Sufit podtrzymywały grube drewniane bele, a ze szczytu zwisał jasny żyrandol przyozdobiony drobnymi, beżowymi lampionami. Południowa ściana składała się niemal z samych okien oraz wąskich, balkonowych drzwi.  Gdybym nie czuła się tak perfidnie, pewnie wzdychałabym do każdego skrawka tej cudownej przestrzeni. Powoli zaczęły wracać do mnie wydarzenia poprzedniego dnia, lecz zanim na dobre mnie pochłoneły, usłyszałam czyjeś kroki i nim zdążyłam z powrotem schować się pod kołdrę, drzwi otworzyły się, a w progu stanął… boski drwal.
            Szczęka opadła mi do dołu niemal zahaczając o kolano zranionej nogi.
            Lukas wszedł ostrożnie do pokoju z tacą pełną przekąsek i kubkiem parującego napoju.
            — Oo, śpiąca królewna — powitał mnie uśmiechem, jakby fakt, że obca dziewczyna gapiąca się na niego z rozdziawioną gębą był dla niego zupełnie naturalny. — Wreszcie się obudziłaś. Już myśleliśmy, że to nigdy nie nastąpi. Blake chodzi podminowany jak tykająca bomba i trzeba cały czas schodzić mu z drogi, by zachować życie.
Postawił tacę na stoliku nocnym i odwrócił się do mnie rozpromieniony.
            — Myślę, że teraz wreszcie mu przejdzie. — Powiedział to takim tonem jakbym to ja posiadała moc zmiany ciążowych humorów Sandersa.
            — Yyy, ciebie również dobrze widzieć — burknęłam zmieszana i mocniej okryłam się kołdrą. Nie wiem, jakim cudem miałam na sobie kremowy, męski podkoszulek, ale w ogóle mi się to nie podobało. Lukas jakby nie zauważył rumieńca zdobiącego moje poliki, bo zrobił kilka kroków i usiadł na brzegu łóżka, uważając by nie zmiażdżyć mi nóg.
            — Jak się czujesz? — Spytał spokojnie. — Z ręką wszystko w porządku?
Zaskoczona uniosłam brwi, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że choć moja górna kończyna boli jak cholera to jednak jestem w stanie normalnie nią poruszać. To znaczyło, że żadna kość nie jest pęknięta.
            — Nie rozumiem — spojrzałam w niebieskie oczy chłopaka. — Byłam przekonana, że jest złamana.
            — Bo była — stwierdził bez ogródek. — Ale na szczęście ją naprawiliśmy. Trochę gorzej poszło nam z nogą, ponieważ jad Tenebrisów nie jest łatwy do oczyszczenia, lecz jakimś cudem twój organizm blokuje jego rozprzestrzenianie się po ciele.
            Spojrzał na mnie z podziwem, jakbym była laureatką nagrody Nobla. Po raz kolejny poczułam się bardzo zagubiona. Bezwiednie potrząsnęłam głową kompletnie pozbawiona władzy nad językiem. Zresztą – co miałabym powiedzieć, skoro wszystkie te rzeczy były dla mnie całkiem nowe?  
            — To nie jest umiejętność, która charakteryzuje ludzi — wyjaśnił po minucie Lukas, widząc moją zdezorientowaną minę. — A ponieważ nie jesteś też Kardianką i nie zachowujesz się jak Tenebris to fakt, że jad nie działa na ciebie w określony sposób stanowi prawdziwą zagadkę.
            Przystojny drwal mrugnął porozumiewawczo, a ja dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że moja szczęka znów znajduje się na wysokości pościeli. Nie zrozumiałam ani jednego słowa z jego wywodu. Odchrząknęłam, chcąc ukryć zażenowanie i wtuliłam się bardziej w posłanie.
            Fakt, że Lukas mówił tak zwyczajnie o rzeczach nadzwyczajnych był mocno szokujący. Po tym jak tyle czasu żyłam w całkowitej niewiedzy, owe strzępki dziwnych informacji stanowiły ogromne wyzwanie dla mojego nadwyrężonego umysłu. Ciekawa byłam też czy Lukas ma takie same zdolności, jak jego brat…
            — Chyba nie sugerujesz — zaczęłam ostrożnie. — Że ja mam coś wspólnego z waszą… odmiennością?
Drwal przechylił głowę spoglądając na mnie ciekawie, a w jego oczach błysnęły iskierki rozbawienia. Nie musiałam długo czekać na wybuch radosnego śmiechu. Przez moment chichotał jakbym opowiedziała naprawdę dobry żart, a potem wziął kilka wdechów, by się uspokoić.
            — Wydaje mi się królewno, że o to musisz spytać mojego brata.
         — O co ma mnie spytać? — Znajomy, głęboki ton sprawił, że aż podskoczyłam, a moja noga znów zapiekła. Odwróciłam się w stronę otwartych drzwi, w których stał mój szkolny dręczyciel. Zacisnęłam dłonie na pościeli.
            Dręczyciel, którego żyły potrafiły świecić jak choinkowe lampki.
        Opierał się o framugę z rękoma założonymi na piersi. Jego silne ramiona ukryte były pod zielonym swetrem, który idealnie pasował do koloru tęczówek. Ciemne spodnie, luźno zwisały na wąskich biodrach, lekko opinając umięśnione uda. Zestresowana przykryłam się kołdrą niemal po same uszy i bezwiednie przesunęłam bliżej wezgłowia, co oczywiście nie uszło uwadze Blake’a.
            Skrzywił się nieznacznie, a jego pochmurna mina świadczyła o tym, że moje zachowanie zaczyna powoli go irytować. Ale co miałam poradzić na fakt, że jeszcze niedawno spopielił na moich oczach człowieka? I to bez udziału ognia! To chyba uprawniało mnie do zachowania dystansu?   
            — Luk, musisz podjechać do dworku i zabezpieczyć teren — rzucił Sanders, spoglądając na mnie dziwnie. — Jej zapach wciąż jest wyczuwalny. Nie możemy pozwolić, by przyciągnął więcej Mrocznych. Weź po drodze Lydię. Lepiej nie działać w pojedynkę.
Kończąc, spojrzał groźnie na drwala. Chłopak wyszczerzył zęby w uśmiechu i podniósł w górę obie ręce.
            — Dobra, dobra, braciszku — oznajmił pojednawczym tonem. — Rozumiem aluzję i przyznaję się do błędu. Gonienie samemu za tą żmiją nie było dobrym pomysłem.
Wstał z łóżka i złapał jakieś ciastko leżące na tacy.
            — Ale musisz przyznać… że prawie… dogoniłem skurczybyka. — Stwierdził, podgryzając słodką zdobycz. Sanders chyba nie był zadowolony z jego wypowiedzi, bo ewidentnie się spiął. Jego oczy ciskały pioruny i miałam wrażenie, że znów zauważyłam w nich lazurowy błysk.
            — Dobrze, że go nie dogoniłeś — warknął.
Przez moment panowała złowroga cisza, po której Lukas zwyczajnie wzruszył ramionami i omijając Blake’a, który wciąż stal w drzwiach, opuścił sypialnie. Nie minęła sekunda, gdy jego głowa wysunęła się zza futryny.
         — Trzymaj się królewno — pomachał mi na pożegnanie z zabójczym uśmiechem na ustach i szturchając swojego brata, ponownie zniknął. Usłyszałam ciche gwizdanie, gdy oddalał się od sypialni.
            Blake jeszcze długo stał w progu i wpatrywał się w buchające płomienie, jakby chciał wyczytać w nich coś mądrego. Jego twarz znowu skryta była pod twardą maską obojętności. Przypomniałam sobie jak wczoraj wyglądał… jak walczył, by zachować życie i jak przemawiał do mnie uspokajającym tonem, gdy uciekałam niczym spłoszona łania. Wyprostowałam się, śledząc go wzrokiem, gdy leniwym krokiem wszedł do pokoju, usiadł na jednym z foteli i podpierając łokcie na kolanach, wbił we mnie badawcze spojrzenie. Dreszcz przeszedł mi po plecach w zderzeniu z zielenią jego tęczówek. Tęczówek, które potrafiły przybrać barwę czystego szafiru. Jakiś czas trwaliśmy tak bez ruchu aż w końcu odezwał się pierwszy.
            — Jak się czujesz? — Spytał.
Jego głos był spokojny jak nigdy dotąd. Za spokojny, zważywszy na okoliczności - co sprawiło, że automatycznie poczułam się nieswojo. Zastanowiłam się czy chodzi mu jedynie o odniesione obrażenia czy może chce wiedzieć jak czuję się po tym, czego ostatnio byłam świadkiem.
        — Bywało lepiej — burknęłam w odpowiedzi. — Ale zdążyłam już przyzwyczaić się do równie dziwacznych pobudek — dodałam widząc, że wciąż mi się przygląda.
Przez moment mierzyliśmy się spojrzeniami i najwidoczniej żadne z nas nie chciało ustąpić. W końcu westchnęłam zrezygnowana.   
            — No, dalej. Wygarnij mi wreszcie swoje żale. — Oznajmiłam, przyglądając się własnym dłoniom. Znając Blake’a, nie mogłam oczekiwać niczego więcej jak kolejnej awantury.  
            — Powiedz, jaka to byłam głupia, że nie posłuchałam cię w porę. Powiedz, że sama prosiłam się o wszystko, co mnie spotkało.
            Zdenerwowana przygryzłam wargę, ponieważ drżał mi głos. To nie był dobry moment na okazywanie słabości, ale nie czułam się wystarczająco silna by z nimi walczyć. Miałam nieodpartą ochotę uciec stąd w cholerę, dotrzeć na piechotę do szpitala i skulić się przy łóżku schorowanej mamy, gdzie w spokoju pozwoliłabym popłynąć łzom. W zamian za to siedziałam pół nago w obcej sypialni, z pokiereszowaną nogą, ręką i bolącą głową, a naprzeciwko mnie warował nieprzeciętnie przystojny, wredny i nieobliczalny dupek publiczny numer jeden. Dupek, który od czasu do czasu świecił na niebiesko. Nic – tylko sobie pogratulować!
            — Czy naprawdę masz mnie za takiego okrutnego idiotę?
Zimny ton sprawił, że zaskoczona uniosłam wzrok, wlepiając spojrzenie w mężczyznę przede mną. Ze zdumieniem stwierdziłam, że po raz pierwszy emocje były doskonale wymalowane na jego twarzy. Irytacja, złość i żal biły od chłopaka jak para unosząca się nad wrzącą wodą. Złączyłam nogi i podsunęłam je pod brodę, mocniej okrywając się kołdrą. Takiej reakcji się nie spodziewałam.
         — Czy naprawdę uważasz, że jestem zdolny pastwić się nad bezbronną dziewczyną, którą kilka godzin temu, cudem wyrwałem z łap pieprzonego potwora?! — warknął wstając z fotela i szybkim krokiem rozpoczął wytyczanie prywatnej ścieżki zdrowia.
            Zszokowana wpatrywałam się w Sandersa, który przeczesując dłonią ciemne włosy, krążył wtem i z powrotem, jak zwierzę zamknięte w metalowej klatce. Jego mięśnie napinały się przy każdym ruchu, co wcale nie było kiepskim widokiem. Dopiero teraz dotarło do mnie jak bardzo musiałam urazić go swoim stwierdzeniem. Na twarzy Blake’a gniew ciągle przeplatał się z żalem. Chłopak ewidentnie walczył, by nad sobą zapanować.
            I pewnie wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby nie moment, w którym bezwiednie wymruczał pod nosem kilka dziwnie brzmiących słów w języku, jakiego nie znałam, co automatycznie uaktywniło moją niewyparzoną gębę. Nie wiem, czy to strach, smutek czy bezradność spowodowały, że zamiast załagodzić sytuację i przyznać się do oczywistego błędu, spojrzałam na mężczyznę z pode łba, wykrzykując pierwsze, co przyszło mi na myśl.
            — Jeśli jesteśmy już przy potworach to może łaskawie przypomnisz sobie, jak traktowałeś mnie przez ostatnie trzy lata?! — Ryknęłam podminowana. — Zatruwanie mi życia sprawiało ci czystą radość! A teraz nagle zachciało ci się grać rycerza w lśniącej zbroi?
            Już w momencie, gdy wyrzucałam swoje żale zrobiło mi się głupio. W tej samej też sekundzie sypialnię zalała grobowa cisza. Powietrze jakby zgęstniało od budującej się między nami, nieprzyjemnej atmosfery. Wyglądało na to, że nawet ogień przygasł nieco od chłodu, jaki zapanował w pomieszczeniu. Jeśli wcześniej Sanders był zdenerwowany, to teraz wręcz rozsadzała go wściekłość. Zacisnął pięści, zatrzymał się pośrodku pokoju, a jego mrożące krew w żyłach spojrzenie spoczęło wprost na mnie. Widać było, że ledwo co hamuje napływającą furię.  
            Po raz setny przeklęłam się w duchu za swoją iście niewyparzoną gębę i jeszcze bardziej skuliłam na posłaniu. Przy tym chłopaku zawsze działałam impulsywnie i bez przemyśleń. Powinnam była ugryźć się w język, póki jeszcze nie zostałam kupką czarnego popiołu. Drgnęłam, gdy usta Blake’a zacisnęły się w wąską linię, mimo iż doskonale wiedziałam, że zasłużyłam na jego gniew. Bądź co bądź, znów mnie ocalił przed śmiercią z rąk jakiegoś kosmicznego psychopaty, a ja zamiast podziękować, kolejny raz wywaliłam na wierzch nasze stare brudy. Nigdy nie postępowałam chamsko wobec innych i raczej zawsze potrafiłam okazywać należną wdzięczność, ale jakoś trudno było mi powstrzymać typowy wzrost irytacji, jaki od lat odczuwałam w obecności Sandersa. W końcu od zawsze nasze ścieżki krzyżowały się w walce, więc przejście na bardziej… koleżeński typ relacji było trudniejsze niż myślałam. Tym bardziej, że jak się okazało – kompletnie go nie znałam.
         Tymczasem Blake podszedł bliżej, poruszając się przy tym jak zwierzę przyczajone do ataku i wyciągając ręce, oparł się o drewnianą ramę łóżka. Ścisnął ją tak mocno, że już widziałam jak sypią się drzazgi. Byłam niemal przekonana, że za moment rzuci mi się do gardła i nie wiem, czy to moja wybujała wyobraźnia czy faktycznie przez jego oczy przemknął lazurowy błysk. Mimo to zebrałam się na odwagę:
          — Nie myśl, że pozwolę ci się usmażyć, jak tamtego… człowieka — oznajmiłam szybko, starając się przyjąć pozycję bojową, co w rzeczywistości oznaczało spięcie pośladków na wypadek gdybym musiała zwiewać.
            Blake spojrzał się na mnie dziwnie, jakby… zraniły go moje słowa, ale zaraz spoważniał.
            — To nie był człowiek — powiedział szorstko.
Otworzyłam szerzej oczy, jednak coś nagle wpadło mi na myśl.
            — Podobnie jak ty — wypaliłam.
Sanders rzucił mi gniewne spojrzenie.
            — Nie wiesz, co mówisz.
            — Za to ty wiedziałeś co mówisz, zarzucając mi sprowadzenie „czegoś” do Darkvill...
            — Do jasnej cholery, przestań wypominać mi wszystkie błędy! — Krzyknął, uderzając ręką o ramę łóżka, aż myślałam, że zaraz odleci. Wzdrygnęłam się bezwiednie, ale w tej samej sekundzie zalała mnie fala niepochamowanej irytacji. Tego było już za wiele! Nie miałam zamiaru zamykać gęby na kłódkę, po to żeby temu dupkowi żyło się lżej! Nawet, jeśli finalnie mój cięty język miał sprawić, że stanę się garstką czarnego popiołu i tak miałam nieodpartą ochotę wszystko mu wygarnąć. Najwidoczniej obudziły się we mnie masochistyczne skłonności.
            — Przestać wypominać błędy?! — ryknęłam, prostując plecy i wymachując w górę rękoma. — O nie mój drogi… dopiero się rozkręcam! I jeśli myślisz, że wystraszysz mnie swoimi tanimi sztuczkami, świecąc jak bożonarodzeniowa choinka to grubo się mylisz! Jeszcze nie poznałeś, co to znaczy zadzierać z Amelią Green!  
            Wielce nie myśląc, zrzuciłam z siebie grubą kołdrę i z impetem godnym tornada, stanęłam bojowo na nogi. I pewnie wyglądałabym w tej chwili na naprawdę groźną przeciwniczkę, w samych gaciach i męskiej koszulce, gdyby nie fakt, że rana na udzie automatycznie sprowadziła mnie do parteru. Poczułam nagły, przeszywający ból i z sykiem opadłam na miękką wykładzinę. Nawet nie zauważyłam, gdy Sanders znalazł się przy mnie.
            — Cholera, Amelio! — warknął tuż przy moim uchu. — Twoja noga nie jest jeszcze wygojona, w każdej chwili rana może się otworzyć!
            Nim się obejrzałam, znajdowałam się w męskich objęciach, niesiona przez silne ramiona Blake’a. Jęknęłam z bólu, gdyż kończyna piekła niemiłosiernie i z zaskoczeniem stwierdziłam, że moje udo jest starannie zabandażowane. Od razu przypomniały mi się słowa Lukasa, gdy twierdził, że z tą raną nie poszło im tak dobrze. Teraz wiedziałam, o czym mówił... Na białym materiale pojawiła się czerwona kropka, która z sekundy na sekundę powiększała swoje rozmiary. Poczułam jak robi mi się słabo. Dodatkowy prąd, który przeszył moje ciało w styczności ze skórą Sandersa wcale nie pomagał.  
            Blake otworzył drzwi umieszczone przy lewym kącie pokoju, których wcześniej nie zauważyłam i wprowadził nas do niewielkiej, jasnej toalety. Posadził mnie na szerokim brzegu porcelanowej wanny, szepcząc pod nosem jakieś przekleństwa.
            — Zaraz wracam — oznajmił głośno i na moment opuścił pomieszczenie.
I faktycznie wrócił za jakieś dwie minuty, niosąc ze sobą siatkę wypełnioną opatrunkami, wodą utlenioną i kilkoma maściami. Musiał być nieźle wkurzony, ponieważ mięśnie jego twarzy naprężyły się tak, że kości policzkowe niemal przebiły skórę. Widziałam też żyły, które wystąpiły mu na szyi, ale na szczęście tym razem nie świeciły na niebiesko. Położył obok mnie pakunek, a gdy schylił się by wyjąć z szafki nożyczki, kątem oka przyglądałam się jego twardym ramionom, ukrytym pod swetrem oraz ciemnym dżinsom, opinającym zgrabny tyłek, na który oczywiście nie zwracałam najmniejszej uwagi. Nagle zmartwił mnie fakt, że muszę wyglądać jak siedem nieszczęść, ponieważ moja czerwona czupryna od wczoraj nie widziała grzebienia, a tarzanie się po ziemi z napastnikiem, pewnie nie dodało mi uroku. Gdy Sanders odwrócił się i przykląkł przy moich nogach, odsłonił tym samym lustro znajdujące się po przeciwnej stronie łazienki. Zdesperowana wywróciłam oczami.
            Nie – jednak wyglądałam gorzej niż siedem nieszczęść.
            Nieświadomy moich rozmyślań Blake, wyjął z reklamówki czystą gazę, bandaż, dwa plastry i jakąś dziwną maść, rozkładając to wszystko na jasnym ręczniku położonym przy wannie. Dopiero, gdy wziął nożyczki i zaczął przysuwać się by przeciąć tkaninę, przypomniałam sobie, że przecież jestem w samej bieliźnie i choć koszulka sięgała prawie do kolan, to będę zmuszona podwinąć ją niemal do majtek, by mógł zdjąć opatrunek. Ta perspektywa od razu mnie otrzeźwiła. W sekundę złączyłam nogi i naciągnęłam na nie jasny materiał.
            — C… co ty chcesz zrobić? — spytałam głupio.
Blake spojrzał na mnie dziwnie.
            — Opatrzeć ci ranę.
         — Sama mogę to zrobić. — oznajmiłam hardo, choć kompletnie nie wiedziałam jak się do tego zabrać. Niby często bywałam w szpitalach, gdy Kevin miał nawrót objawów, ale tam zajmowali się nim lekarze, a w domu robił wszystko sam. Nie lubiłam widoku krwi, choć byłam do niego przyzwyczajona. Jednak perspektywa, że dłonie Sandersa będą pięć centymetrów od moich fioletowych gaci, skutecznie odwodziła mnie od chęci skorzystania z jego pomocy.
            Blake patrzył na mnie przez chwilę spod uniesionych brwi, ale zaraz jego twarz rozjaśniło zrozumienie. Błysk rozbawienia przemknął przez szmaragdowe tęczówki.
            — Byłaś nieprzytomna dobre kilka godzin, więc chyba za późno martwić się o takie rzeczy. — Stwierdził ironicznym tonem. — Poza tym, to ostatnia rzecz, która wpadłaby mi w tej chwili do głowy.
            Gdy dotarła do mnie treść tych słów, pod moją kopułą zawrzało jak we wnętrzu aktywnego wulkanu. Oczywiście dodatkowo spłonęłam cholernym rumieńcem.
            — Ty świnio! — Krzyknęłam, ściskając mocniej brzegi koszulki. — Miałeś szczęście, że naprawdę byłam nieprzytomna, bo inaczej wymagałbyś długoterminowej hospitalizacji! — Dumnie uniosłam podbródek i odwróciłam głowę w bok, by pokazać mu, że dyskusja skończona. Musiałam teraz wyglądać jak małe, rozkapryszone dziecko, ale nic mnie to nie obchodziło. Byłam tak zawstydzona, że ledwo co hamowałam się przed ucieczką, a dodatkowo po czaszce tłukło mi się pytanie, na które nie mogłam znaleźć odpowiedzi…
            Kiedy ja do czorta depilowałam ostatnio nogi?!
Kątem oka zaważyłam jak Blake z lekkim uśmiechem kręci głową, a potem usłyszałam ciężkie westchnienie.
            — Nie wygłupiaj się Mel, przecież nie zrobię tego z zamkniętymi oczami — oznajmił spokojnie.
            — Masz rację. Nie zrobisz tego WCALE, bo sama sobie doskonale poradzę.
Kolejne westchnienie, na które jedynie mocniej zacisnęłam nogi, aplikując sobie w ten sposób następną dawkę bólu.  
            — Właśnie plamisz moją cenną koszulkę — usłyszałam rozbawiony ton.
Zdezorientowana zerknęłam w dół, gdzie na kremowej tkaninie, przyciśniętej do nóg pojawiły się bordowe plamki. Zrobiło mi się głupio. Puściłam jasny materiał pozwalając mu podjechać nieco wyżej kolan.
            — Kupię ci nową — mruknęłam próbując zatuszować swoje zawstydzenie, ponieważ właśnie zdałam sobie sprawę, że po raz pierwszy mam na sobie część garderoby Sandersa. Jeszcze miesiąc temu na samą myśl wykąpałabym się w najdroższym środku odkażającym, a teraz z trwogą stwierdziłam, że nie przeszkadza mi ten stan. 
            — Daj spokój Amelio — mężczyzna spojrzał mi prosto w oczy, wciąż przede mną klęcząc. — Nie bądźmy dziećmi. Pokaż ranę, a ja postaram się jak najszybciej wymienić opatrunek. To nie jest czas na zabawę.  
            Poirytowany posłał mi pytające spojrzenie. Zerknęłam na maść leżącą na ręczniku i wszystko, co przygotował. Nigdy bym nie pomyślała, że znajdę się w tak krępującej sytuacji. Poza tym doskonale wiedziałam, że zachowuję się głupio, ponieważ ktoś musiał wcześniej mnie tu przywlec i przebrać, a znając moje pokręcone szczęście, prawdopodobnie był to Sanders. Jednak bycie nieprzytomną to co innego niż świadome pozwolenie na dotyk. Zamknęłam oczy, ale zaraz je otworzyłam. O, nie – nawet nie chciałam wyobrażać sobie scenariusza, jaki miał miejsce, gdy zemdlałam.
            Uniosłam wzrok i napotkałam oczekujące spojrzenie Blake’a. Pewnie w przyszłości będę tego strasznie żałować – pomyślałam kiwając twierdząco głową. Chłopak jeszcze przez chwilę gapił się na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, a potem jakby nigdy nic sięgnął z powrotem po nożyczki.
            — Wyprostuj nogę i oprzyj ją o moje kolano.
Zawahałam się przez moment, ale wykonałam jego polecenie. On natomiast nie zawahał się ani sekundy, odchylając wysoko moją koszulkę, gdy już zabrałam drżące ręce. Zacisnęłam dłonie na brzegach wanny, by przypadkiem nie zdzielić go w łeb. Mógł chociaż udawać, że moje fioletowe, figi z samej koronki robią na nim jakiekolwiek wrażenie.
            Ostrożnie zaczął przecinać pokrwawiony materiał, który miejscami mocno przywierał do skóry. Na szczęście większość odchodziła bez problemu i tylko raz musiał delikatnie pociągnąć, by tkanina puściła. Gdy zdjął już opatrunek moim oczom ukazał się widok jak z ostrego dyżuru.
            Wciągnęłam gwałtownie powietrze. Teraz naprawdę byłam w stanie uwierzyć, że wczorajszy napastnik nie zaliczał się do ludzi. Na przedniej stronie uda znajdowały się cztery zakrwawione, głębokie rany, każda otoczona smolistą, czarną plamą, jakby ktoś dla zabawy pokolorował mi nogę flamastrem. Zszokowana wpatrywałam się tępo w przedziwne obrażenia, na moment zapominając o palącym bólu. Blake wziął niewielki, czysty ręcznik zmoczył go pod wodą i zaczął przemywać skórę wokół skaleczeń.  
            — Nie martw się, to zniknie — oznajmił jakby doskonale wiedział o czym myślę.
Pokręciłam przecząco głową.
            — Co to takiego? — Spytałam, czując jak zbiera mi się na mdłości. — Skąd te plamy?
            — To jad Tenebrysów. — Nie wyglądał na wzruszonego widokiem brzydkich skaleczeń, tylko lekko poddenerwowanego, choć jego mina wyrażała skupienie, gdy delikatnie oczyszczał rany. Najwidoczniej nie był brzydliwy, albo zwyczajnie udawał, żebym nie poczuła się głupio. Ścisnęłam mocniej brzegi wanny. Bałam się tego pytania, ale musiałam je zadać. W końcu wiecznie nie mogliśmy uciekać od tej rozmowy.
            — A kim są Tenebrysi?
            Blake zamarł na moment ze szmatką uniesioną nad moją nogą. Atmosfera nagle zrobiła się napięta. Uniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy.
            — To najbardziej bestialska plaga, jaka zamieszkuje ziemię.
Powiedział to takim tonem, że włos zjeżył mi się na głowie. Odetchnęłam głęboko, starając się nie uciec przed jego spojrzeniem. Tylko raz w życiu widziałam w oczach Sandersa taką zawiść jak w chwili obecnej - kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, a nasze dłonie nieopatrznie się zetknęły.
            Przełknęłam ślinę szykując się podświadomie do odparcia słownego ataku, ale na szczęście chłopak wrócił do oczyszczania skaleczeń. Musiałam przyznać, że dotykał mnie bardzo delikatnie, dzięki czemu ból przy tym zabiegu był minimalny. Nie wliczając oczywiście pieczenia, przez które miałam ochotę obłożyć nogę kostkami lodu.
            — Więc… — zaczęłam mimochodem, próbując wywiedzieć się jak najwięcej i jednocześnie odwrócić swoją uwagę od tego, że jego ręce są tak blisko moich… intymnych miejsc. — Co zrobiłeś z tamtym… potworem?
Dłonie Sandersa wciąż pracowały, lecz jego mięśnie widocznie się spięły.
            — Zlikwidowałem go — mruknął.
            — To nie brzmi optymistycznie.
Blake westchnął i spojrzał na mnie.
            — Gdybym ja tego nie zrobił, on bez skrupułów zrobiłby to samo z nami. Tylko w mniej przyjemny i bardziej powolny sposób.
            Na moment zapadła głucha cisza, przerywana jedynie naszymi oddechami i szelestem towarzyszącym otwieraniu nowych opatrunków. Powoli przyjmowałam do wiadomości jego słowa, choć w głębi ducha od początku wiedziałam, że chłopak ma rację. Tamten mężczyzna był nieludzką, psychopatyczną bestią, która doprowadziła moją mamę do obecnego stanu, więc w naszym wypadku z pewnością nie byłoby inaczej. Ciekawa też byłam, czy Sanders zdawał sobie sprawę z tego, że nieznajomy był wcześniej w szpitalu u Sarah.
            Przygryzłam wargę szykując się do zadania kolejnego pytania, jakie chodziło mi po głowie odkąd tylko odzyskałam przytomność. Już miałam wypowiedzieć je na głos, gdy niespodziewanie usłyszałam coś, co sprawiło, że zamarłam ze słowami na ustach.
            — Amelio rozchyl trochę uda. — Blake odchrząknął omijając mnie wzrokiem. W jego dłoni spoczywała czysta, nasączona wodą gaza.
            — Ż…że co, proszę? — Wydukałam gapiąc się na czubek jego pochylonej głowy.
Z pewnością musiałam się przesłyszeć, bo jeśli nie – Sanders straci zaraz kilka zębów.
            — Poprosiłem, żebyś rozchyliła nieco uda…
Zacisnęłam dłoń w pięść. Zacznę od przednich jedynek…
            —… bo inaczej nie będę w stanie oczyścić wewnętrznej rany — dokończył.     Wypuściłam ze świstem powietrze i zdezorientowana zniżyłam wzrok. Moje oczy rozszerzyły się w zdumieniu. Faktycznie na wewnętrznej stronie uda znajdowało się podłużne nacięcie, z którego wyciekało czerwone osocze. Skupiona na własnych myślach, musiałam wcześniej tego nie zauważyć. Najwidoczniej napastnik podczas walki rozerwał mi skórę, gdy wyszarpną zeń rękę, by zadać ostateczny cios. Poczułam jak ściska mnie w dołku. Mogłam skończyć znacznie gorzej…
Gdyby nie Blake.
            Potwornie zawstydzona zgięłam nogę w kolanie i ignorując ból, udostępniłam mu skaleczone miejsce, zasłaniając koszulką fioletowe majtki. Gdyby ktoś wywróżył mi, że w przyszłości będę rozkraczać się przed twarzą Sandersa, to roztrzaskałabym mu na głowie jego szklaną kulę.
            Chłopak uprzejmie się nie odezwał, choć z pewnością musiał zauważyć rumieniec pokrywający moją szyję, poliki i uszy. W tym momencie naprawdę zastanawiałam się czy nie lepiej byłoby poradzić sobie ze wszystkim samej, ale wiedziałam, że pewnie wyszłoby z tego więcej szkody niż pożytku. Znając moje manualne umiejętności prędzej wykrwawiłabym się na śmierć niż poradziła sobie z założeniem nowego opatrunku. Blake szybko oczyścił nacięcie, a potem posmarował maścią wszystkie skaleczenia. Potwornie szczypało, ale zaciskając zęby, nie dałam po sobie niczego poznać. W końcu jęki i płacze nic by tu nie pomogły. Dodatkowo przykre odczucia, łagodziło delikatne mrowienie, które rozchodziło się po moim ciele, gdy obolała skóra zetknęła się z dłonią chłopaka. Kompletnie nie wiedziałam, dlaczego nasze organizmy reagują na siebie w ten dziwny sposób, ale pocieszał mnie fakt, że Sanders również wyglądał na odrobinę skrępowanego. Choć w jego przypadku mogło być to tylko złudzenie. 
         Na koniec założył czysty opatrunek i nieco luźniej niż poprzednio obandażował całe udo. Bez słowa zaczął zbierać brudne szmatki, zużyte gazy i puste opakowania, wrzucając je do niewielkiego kosza przy zlewie. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, przyglądałam się jak sprząta cały bałagan z nieodgadnioną miną.    
            — Dzięki — bąknęłam wreszcie, gdy odkręcił wodę i zaczął myć ręce. — Za wszystko.
Odwrócił się, spoglądając na mnie przez ramię, a kącik jego ust uniósł się zawadiacko do góry.
            — Nie ma sprawy — obdarzył mnie leniwym uśmiechem. — Jeszcze znajdę sposób żebyś mi się odwdzięczyła.   
Parsknęłam, nie spodziewając się niczego innego.
            — Dupek — mruknęłam pod nosem.
          — Zawsze do usług — uśmiechnął się ponownie, odwracając do mnie przodem. Perfidnie uroczy dołek pokazał się w jego lewym poliku. Za taką idealną buzię powinni zamykać w więzieniu o zaostrzonym rygorze.
            — Pomogę ci dostać się do sypialni. — Zrobił dwa kroki i już chciał się nachylić, ale powstrzymałam go wyciągnięciem dłoni.
            — Poradzę sobie. W końcu kiedyś muszę zacząć chodzić.
            — Kiedyś na pewno, ale nie dzisiaj. Do jutra obrażenia powinny się zasklepić, ale do tej pory trzeba oszczędzać nogę.
Westchnęłam ciężko.
            — Tylko, że mój pęcherz potrzebuje chwili prywatności. — Spojrzałam na niego dwuznacznie. Blake odchrząknął i podrapał się po głowie. No, proszę. Czyżby poczuł się wreszcie nieco zażenowany?
            — W takim razie zostawiam cię na moment. Pójdę po jakieś czyste ubrania i zapukam jak wrócę. — Odparł zupełnie swobodnie. Moja mina od razu zrzedła. Jego przerośnięte ego nie łatwo było zawstydzić. Wzruszyłam więc ramionami.
            — Dobra — zgodziłam się.
            Nie było już miejsca ani na krępację ani na spieranie. Chciałam jak najszybciej wyzdrowieć, żeby móc zająć się mamą. Jeśli przez to skazana byłam na dzień „w ramionach” Sandersa to musiałam jakoś to przetrwać. Wzdrygnęłam się bezwiednie. Byleby tylko nie zaczął jarzyć się na niebiesko, bo jeszcze nie zdążyłam do tego przywyknąć.
            Zerknęłam jak wychodzi, zabierając ze sobą brudne ręczniki. Jutro, kiedy moja noga będzie w lepszym stanie, wymuszę na nim zawiezienie do Morgantown — obiecałam sobie w myślach. Ale zanim to zrobię – dowiem się prawdy, przed którą broniłam się tak długo... Bez uciekania, bez marudzenia, po prostu zwyczajnie zażądam odpowiedzi na dręczące mnie pytania.  
Po dziesięciu minutach usłyszałam ciche pukanie do drzwi.
            — Amelio, wszystko gra?
Uniosłam brwi. Czy grało? Nic w moim życiu ostatnio nie grało jak trzeba, ale nie było sensu dzielić się tym z Sandersem. Choć przecież w tej chwili wcale nie o to mu chodziło.
         — Możesz wejść. — Poprawiłam się siedząc na wannie, tak żeby bluzka zakrywała mi jak najwięcej ud i w tym samym momencie prychnęłam zirytowana.
            Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie… Blake pewnie zobaczył już wszystko, co chciał, choć był na tyle „gentelmanem”, by oprócz majtek zostawić mi pod koszulką biustonosz. Na szczęście pasujący i wzorem i kolorem do fig. Lubiłam elegancką bieliznę i często takową nosiłam. Tak po prostu – dla siebie.
            Jęknęłam coraz bardziej sfrustrowana. Za żadne skarby nie chciałam wyobrażać sobie sytuacji, w której Sanders mnie rozbierał, ale okropne obrazy i tak przebiegały przed oczami, powodując, że zrobiło mi się gorąco. Dzięki temu, gdy wszedł do łazienki znów miał okazję zobaczyć jak moje poliki przybierają barwę włosów. Na szczęście podczas tych dziesięciu minut, oprócz załatwienia najpilniejszych potrzeb, zdążyłam też nieco je przeczesać znalezionym na półce grzebieniem, obmyć ręce i twarz. Nie chciałam wyglądać jak kompletna oferma, choć w tej chwili tak się czułam.
            — Przyniosłem ci coś na przebranie — Blake podał mi ciuchy, omijając mnie wzorkiem. Znowu był dziwny. Kompletnie nie rozumiałam, o co tym razem mu chodziło.       
— To rzeczy Lydii, które jakimś cudem udało mi się wygrzebać. Jeśli chcesz pomogę ci się przebrać.
            Parsknęłam bezwiednie.
          — Nie dzięki. Drugi raz już sobie poradzę.
         Nagle obudziło się we mnie niepokojące uczucie, które zakiełkowało napięciem gdzieś w okolicy żołądka.
         — Czy z moją mamą wszystko w porządku? — Spytałam szybko, ignorując nieprzyjemny ucisk w gardle. Dobrze wiedziałam, że dziwnie to brzmiało w obliczu stanu w jakim się znajdowała, ale chyba zrozumiał o co mi chodziło.
            — Od wczoraj nic się nie zmieniło — odparł ze skrzywioną miną.
Czyżbym zobaczyła w niej cień troski? Nie, niemożliwe. Mimo wszystko, odetchnęłam z ulgą. To była i dobra i zła wiadomość.     
            — Lydia była u niej dziś rano. Tuż po tym jak stąd wyjechała.
Uniosłam brwi.
            — Lydia tu mieszka?
Byłam zaskoczona, ale w ostateczności nic przecież o niej nie wiedziałam. Dawno natomiast domyśliłam się, że jesteśmy w domku letniskowym należącym do wujostwa Sandersa.     
            — Nie — zaśmiał się Blake. — Poprosiłem ją wczoraj, żeby u nas została i pomogła mi… — tu zawahał się przez sekundę — …zająć się twoją garderobą.
            Na moment zmrużyłam oczy zastanawiając się, co oznaczają jego słowa. Coś mi tutaj nie pasowało… Zerknęłam na rzeczy, które przyniósł Sanders. Szare, luźne dresy i kremowy, obcisły podkoszulek. Dlaczego Lydia miała się zająć moją garderobą? Chodziło o pożyczenie mi tych ciuchów? Czy może… Poczułam napływającą falę irytacji, aż zagotowało mi się w głowie.
            — Ty palancie! — Ryknęłam pewna swoich domysłów. — Znów ze mnie zadrwiłeś! — Szarpnęłam poplamioną koszulkę, którą miałam na sobie. — To nie ty przebierałeś mnie po wczorajszym ataku. Poprosiłeś o to kuzynkę, a mnie pozwoliłeś myśleć, że było inaczej!
            Czułam się tak upokorzona i wściekła, że miałam ochotę zatłuc go spłuczką od toalety.
         Blake wzruszył jedynie ramionami, kompletnie nie przejmując się usłyszanymi zarzutami.
— To był jedyny sposób żebyś pozwoliła mi zobaczyć jak goi się rana.
— A nie pomyślałeś, jakie to dla mnie krępujące?!
— Już miałem okazję podziwiać cię w bardziej niecodziennych strojach.
Znów oblałam się rumieńcem sama nie wiedząc czy ze złości czy wstydu. Z pewnością chodziło mu o sytuację na dworkowym strychu. Przymknęłam na sekundę oczy, wzdychając przy tym ciężko. Naprawdę miałam nieodpartą ochotę wydłubać mu te świecące na niebiesko gały.
            — To był przypadek — syknęłam upokorzona. — Ale nie martw się przyjdzie czas, w którym odwdzięczę ci się za wszystko…
Sanders spojrzał na mnie z zadziornym błyskiem w oku.
            — Już nie mogę się doczekać. — Odpowiedział zadowolony. — A teraz... daję ci trzy minuty na przebranie. — Tu kiwnął głową w moją stronę, a jego usta zajął złośliwy uśmieszek.
            — I wierz mi, po tym czasie sam sprawdzę, czy twój biustonosz pasuje wzorem do tych koronkowych fig.
Zszokowana jego słowami, prawie zachłysnęłam się własną śliną. Pod moją kopułą wręcz zawrzało. Jak on w ogóle śmiał tak mi grozić?! Już ja mu pokaże!
            — Ty nieludzka kanalio! — Złapana przeze mnie kostka mydła, odbiła się od zatrzaśniętych nagle drzwi. Niech to szlag! Dupek poruszał się zbyt szybko.
            — Jeszcze cię dorwę ty…
            — Trzy minuty! — usłyszałam przytłumiony śmiech i oddalające się powolne kroki.
Cholera. Jak ja nienawidziłam tego aroganckiego pajaca.
***
            Parę godzin później wiszący na ścianie metalowy zegar wybił osiemnastą. Siedziałam w pięknym salonie górskiej willi Sandersa, otoczona różnymi smakołykami, na które wcale nie miałam ochoty. Blake wyjechał dwie godziny wcześniej, oczywiście by „coś” załatwić, zostawiając mnie samą przed telewizorem jedynie w towarzystwie rzeźbionej, drewnianej laski, która miała służyć za kule.
            Byłam wściekła, rozgoryczona i trochę wystraszona, pomimo zapewnienia, iż tutaj absolutnie nic mi nie grozi. By odgonić złe myśli postanowiłam skupić się na sześćdziesięciocalowej plazmie, jednak niewiele mi to dało, ponieważ na większości kanałach bębnili o strasznej tragedii, jaka nawiedziła ostatnio liceum w Darkvill.
Nasze liceum.
            Pokazywali właśnie zdjęcie uśmiechniętej Shopie, na której widok ścisnęło mnie w dołku. Wtuliłam się bardziej w oparcie kanapy i westchnęłam głośno. Sanders wciąż nie powiedział mi, co dokładnie się stało. Od rana oboje skrzętnie omijaliśmy najważniejsze tematy, jakbyśmy nie wiedzieli jak się do nich zabrać. Z jednej strony to była najlepsza pora na ostateczne wyjaśnienie sobie wszelkich wątpliwości, ale z drugiej… nikt nie chciał zrobić pierwszego kroku. Ja nie wiedziałam, od czego zacząć, a Blake pewnie postanowił mnie nie popędzać. Na szczęście udało się chociaż załatwić sprawy z Clarie, o której jakimś cudem kompletnie zapomniałam. Sanders zadbał o wszystko, dzwoniąc do niej wczoraj i przepraszając w moim imieniu, że nie oddałam samochodu. Napomknął jej przy tym, że Sarah gorzej się poczuła, dlatego nawet na moment nie odchodzę od jej łóżka. Oczywiście nie omieszkał wspaniałomyślnie obiecać Clarie, że dzielnie pomoże mi ze wszystkim, więc dziewczyna o nic nie musiała się martwić. Dodał też, że następnego dnia się odezwę, a on z rana zwróci auto, co oczywiście bezzwłocznie zrobił, jeszcze kiedy nieprzytomna dogorywałam w łóżku.
            Pokręciłam głową uśmiechając się przy tym pod nosem. Ten dupek, jak chciał, potrafił być niezmiernie przekonujący, ponieważ nigdy nie słyszałam tak podnieconego tonu Clarie, kiedy zadzwoniłam do niej popołudniem z telefonu Sandersa. Aluzje, jakie puszczała sprawiły, że do tej pory z moich polików nie zszedł rumieniec. Nie wiedziałam, co do końca powiedział jej Blake, gdy na moment się spotkali, ale najwidoczniej to wystarczyło, by przyjaciółka uznała, że Sanders wreszcie przejrzał na oczy i odkupując swoje winy, odpowiednio się mną zajmie. A ona, zdrajczyni, tylko na to czekała…
            Przymknęłam na moment oczy, masując przy tym skronie, bo głowa znów zaczęła mi pulsować. Oczywiście, gdy podczas naszej telefonicznej rozmowy, nie wdając się w chore szczegóły, opowiedziałam Clarie, w jakim stanie znajduje się Sarah, ta chciała natychmiast do mnie przyjechać, ale uparcie i stanowczo odmówiłam. Korzystając nieco z wersji Blake’a, potwierdziłam, że chłopak pomógł mi znaleźć miejsce w przyszpitalnym hotelu na kilka najbliższych dni i załatwić wszelkie niezbędne formalności. Dodałam też, że potrzebuję nieco samotności, by móc skupić się na schorowanej rodzicielce.
            Clarie nie była zadowolona, ale nie nalegała zanadto, gdy poprosiłam ją o trochę czasu. Znała mnie na tyle, by wiedzieć, że jak się uprę to nic nie zmieni mojej decyzji. Wymusiła na mnie jednak obietnicę, że wreszcie kupię sobie nową komórkę i będę do niej codziennie dzwonić, by zdawać szczegółową relację. A jeśli tylko poczuję, że potrzebuję jej wsparcia – ona zjawi się natychmiast.
            Odetchnęłam głęboko i przygryzłam dolną wargę.
            Przez jakiś czas miałam spokój z tłumaczeniem się najlepszej przyjaciółce i ze szkołą, w której planowałam nie pojawić się aż do przyszłego tygodnia. Zostało mi więc - włączając w to weekend - jakieś pięć dni, na złożenie do kupy swojego życia.
Pięć cholernych dni to było zdecydowanie za mało.
            Zdenerwowana pokręciłam głową i po raz kolejny wbiłam wzrok w ekran. Dla odmiany bębniono teraz o tragedii, jaka miała miejsce w Morgantown – na uczelni mojej mamy, gdzie okrutnie zamordowano dwie dziewczyny. Jęknęłam cicho, wyłączyłam telewizor i biorąc do ręki dziwaczną laskę, powoli podniosłam się z kanapy. Nie chciałam dalej słuchać tych wszystkich makabrycznych wieści. Tym bardziej, że każde słowo coraz bardziej przypominało mi o Sarah, która pół żywa leżała w szpitalu, czekając na jakiś cud.
            Ostrożnie, robiąc krok za krokiem podeszłam do przeszklonych drzwi i otworzyłam je na oścież. Od razu chłodny wiatr wpadł do salonu i zatańczył w moich włosach. Tym razem jednak nie przeszkadzało mi zimno, wręcz przeciwnie - potrzebowałam nieco przewietrzyć swoją pulsującą od natłoku myśli głowę.
            Podpierając się laską przeszłam przez kamienny taras i usiadłam na jednym z drewnianych krzeseł. Słońce powoli chowało się za horyzont, oświetlając swoim blaskiem okoliczne, kolorowe góry. Widok był na tyle piękny, że przez parę dobrych minut pozwoliłam sobie jedynie siedzieć i podziwiać szmaragdową otchłań skrzącego się w oddali jeziora. Naprawdę nie wiedziałam, w którym momencie moje życie uderzyło w tak niespodziewanym kierunku… Czy to był czas, kiedy przeprowadziłyśmy się do dworku, czy okrutny moment, który odebrał nam Kevina, albo po prostu dzień, w którym po raz pierwszy spotkałam na swojej drodze chłopaka o pięknym, szmaragdowym spojrzeniu?
            Wzdychając głośno, spuściłam wzrok na swoje dłonie. Sama nie potrafiłam się sobie nadziwić, jak szybko przyjęłam do wiadomości fakt, że Blake nie jest człowiekiem. I choć z początku traktowałam jego słowa, jako idiotyczne gadanie walniętego nastolatka – teraz nie mogłam już zaprzeczyć ani jednej literze. Nie po tym, czego byłam świadkiem.
            Ignorując lekki ból w nodze, oparłam ręce na okrągłym stole i schowałam w nie głowę, na moment przymykając oczy. W mojej wyobraźni niemalże od razu pojawił się obraz wysokiego, młodego mężczyzny, którego każda, drobna żyłka w ciele, mieniła się nieziemskim, szafirowym blaskiem. Mężczyzny, który nigdy nie powinien istnieć, a jednak od kilku lat codziennie pojawiał się w moim życiu. Chłopaka, za którym latało dziewięćdziesiąt procent żeńskiej populacji naszej szkoły, a który od pierwszego spotkania zatruwał mi dni swoimi przytykami.
            Parsknęłam głucho pod nosem. Ciekawe, co by powiedziały jego wielbicielki, gdyby zobaczyły go w takiej wersji, jaką miałam okazję podziwiać nie dalej jak wczoraj. To by mogło być ciekawe…
         Kolejny raz sapnęłam niezadowolona. Po co ja się oszukiwałam? Prawdopodobnie zamiast uciec z piskiem, rzuciłyby się na niego z błagalnymi prośbami o autograf, a potem nie opuszczały swego obiektu westchnień nawet na krok, płaszcząc się, by uchylił im rąbka niecodziennej tajemnicy. Tajemnicy, którą ja sama musiałam bezzwłocznie poznać.
            Zdegustowana własnymi przemyśleniami, uniosłam głowę i wbiłam wzrok w ciemniejący już las. Musiałam naprawdę się zasiedzieć, bo nawet nie zauważyłam, jak ostatni promień słońca, umknął za najwyższym ze szczytów. Wiatr zawiał, szeleszcząc przy tym, pożółkłymi do połowy liśćmi i wreszcie dotarło do mnie, że jest naprawdę zimno.
            Potarłam dłońmi gęsią skórkę na przedramionach i niespodziewanie poczułam jak strach powoli wkrada mi się na plecy. Byłam sama, z daleka od jakichkolwiek ludzkich zabudowań, w górskiej willi chłopaka, którego jeszcze niedawno mogłabym torturować gołymi rękoma, a powstałe rany posypywać solą. Dodatkowo, nie dalej jak wczoraj zostałam napadnięta przez czarnookiego potwora, który mimochodem stwierdził, że ma na celu dostarczenie mnie kompletnie nieznanej osobie. I to niekoniecznie w jednym kawałku.
            Przełknęłam ślinę, przypominając sobie naszą dziwną konwersację. To, co się wydarzyło naprawdę było lepsze niż niejeden sensacyjny film. Długo zastanawiałam się czy powinnam powiedzieć Blake’owi o słowach, które wyszły z ust napastnika. Czy powinnam dać chłopakowi do zrozumienia, że jego zarzut, jaki usłyszałam przed szpitalem prawdopodobnie nie jest bezpodstawny? Że faktycznie wszystko dzieje się przeze mnie…             
        Wczorajsza napaść dawała wiele do myślenia, ale jakoś nie potrafiłam uwierzyć, a tym bardziej pogodzić się z faktem, że polowało na mnie stado potworów, które najwidoczniej jakimś cudem „sprowadziłam” do Darkvill. Wyrzuty sumienia wgryzały się we mnie jak uporczywy komar, a ja nie potrafiłam nic na nie poradzić, podobnie jak na towarzyszące im złe przeczucia. Za żadne skarby nie mogłam przypomnieć sobie też, co złego zrobiłam, skoro ktoś tak usilnie próbuje mnie skrzywdzić, wykorzystując do tego bliskie memu sercu osoby.
          Zirytowana, potarłam dłońmi pulsujące skronie. Na początku byłam przekonana, że to zwykłe zbiegi okoliczności, że po prostu zawsze ląduje w złym miejscu o niewłaściwej porze, ale teraz niczego już nie mogłam być pewna. Najwidoczniej los chciał ze mnie zadrwić i przypiął mi w bonusie łatkę dziewiczej męczennicy, która ląduje w samym środku patologicznej scenerii, jak Alicja z Krainy Czarów.
            Nagły zgrzyt i trzask łamanej gałęzi zwrócił moją uwagę. Wyprostowałam się jak struna i z duszą na ramieniu zaczęłam nasłuchiwać docierających odgłosów. Lekko odwróciłam głowę w lewo… i zamarłam.
            Kilkanaście metrów dalej, w miejscu gdzie las łączył się z ogrodem ktoś czaił się w kępie dzikich, rozrośniętych krzaków. Co gorsza nawet nie krył się ze swoją obecnością, ponieważ ewidentnie słyszałam dziwne pomruki i coś na kształt powolnego mlaskania. Od razu w mojej głowie pojawił się obraz potwora z koszmaru u Clarie…
            Poczułam dreszcz biegnący po plecach, a własny oddech zaczął głośno rozbrzmiewać w moich uszach. Odniosłam wrażenie, że przez moje żyły nagle popłynęła lodowata woda i niemal zaczęłam panicznie się trząść. Drzewa popychane wiatrem, machały cienkimi gałęziami jakby chciały mnie przed czymś ostrzec, błyskając przy tym czerwienią, żółcią i zielenią jesiennych liści. Niebo, zasnute szarością, nagle wydało mi się dziwnie złowieszcze.
            Ostrożnie podniosłam się z krzesła, nie zważając na to, że boli mnie noga i nie odrywając wzroku od leśnego gąszczu, powoli cofałam się tyłem w kierunku wejścia do salonu. Nawet, jeżeli potwór mnie obserwował wciąż miałam szansę, by schronić się w domu i modlić o jakikolwiek ratunek. Moją jedyną nadzieją znów był Sanders, który jak na złość musiał wyjechać gdzieś załatwiać ważne sprawy. Obiecałam sobie, że jeśli jakimś cudem dotrwam do jego powrotu, to zakładając, iż przeżyjemy starcie z krwiożerczą bestią, zatłukę tego aroganckiego dupka za to, że zostawił mnie tu samą.   
            Zacisnęłam dłonie w pięści, by zatrzymać ich drżenie, ale i tak czułam jak wszystkie włoski na karku i rękach stanęły mi dęba. Krok za krokiem przysuwałam się coraz bliżej celu, a moje oczy wciąż utkwione były w jednym punkcie. W szerokiej kępie dzikich, poruszających się krzaków.
            I właśnie w momencie, gdy byłam przekonana, że zaraz znajdę się w ciepłym wnętrzu bezpiecznego salonu… uderzyłam plecami o coś twardego. Pisnęłam zaskoczona, kiedy silne ramiona objęły mnie na wysokości klatki piersiowej, a duża dłoń zatkała usta, powodując, że wydostał się z nich tylko stłumiony jęk. Serce stanęło mi na jedno, krótkie uderzenie.
            — Ciii, to tylko ja. — Usłyszałam szept tuż przy uchu, a po moim ciele przebiegł znajomy dreszcz. — Nie wystrasz jej.
            Zdezorientowana zamrugałam dwa razy wciąż wpatrując się w tyły ogrodu i przez kilka dobrych sekund nawet nie śmiałam się ruszyć. Sanders znów zdążył na czas, nim zostałam pożarta przez okrutnego wilkołaka. Moje ręce bezwiednie powędrowały do góry, zaciskając się na przedramionach chłopaka. W tej chwili nie wiedziałam czy mam popłakać się z ulgi czy trzasnąć go za to, że jeszcze bardziej mnie wystraszył.
            — Blake tam coś jest, p… przed nami w zaroślach — wysapałam, trzęsąc się jak osika, choć ciepło płynące od Sandersa rozchodziło się przyjemnymi falami po moim ciele. Jego bliskość wyjątkowo na mnie działała. 
            —Wiem, spokojnie. To nic złego.
            — Nic złego?! — Pisnęłam stłumionym głosem. — Przecież mówię ci, że tam czai się potwór!
           — Jeśli się uspokoisz i ściszysz nieco głos, sama przekonasz się, co to za potwór.
    Już miałam wściekła ugryźć go w tą cholerną łapę i uwolnić się ze stalowej obręczy, gdy niespodziewanie krzaczaste zarośla poruszyły się ostrożnie, a z pomiędzy powykręcanych gałęzi obsypanych drobnymi liśćmi najpierw wychyliły się dwa sterczące uszy, pysk i długa szyja, a potem całe zgrabne tułowie czającego się tam zwierza.
          Znieruchomiałam, wstrzymując oddech. Moje oczy rozszerzyły się w zdumieniu, podczas gdy umysł wciąż trawił napływające widoki. Jakieś piętnaście metrów przed nami, z lasu dumnym krokiem wymaszerowała pokaźnych rozmiarów, brunatna łania. Nastroszyła uszy spoglądając w naszą stronę, a potem jakby nigdy nic przeszła kilka kroków zatrzymując się przed czymś spoczywającym na ziemi. Dopiero teraz zauważyłam, że pośrodku ogrodu leży niewielka kupka rozsypanej żywności przypominającej skórki od jabłek i części pokruszonego chleba.
            Zwierzę najpierw obwąchało prowiant, kompletnie nie zwracając uwagi na swoją widownię, a potem chwyciło w pysk sporej wielkości smakowity kąsek i szybko umknęło gdzieś w leśnej gęstwinie. Zafascynowana wpatrywałam się jak ginie z mojego pola widzenia i dopiero teraz dotarło do mnie, że najwidoczniej często stołują się tutaj takie okazy, skoro nawet obecność człowieka nie była w stanie wystraszyć pięknej łani.
          Odetchnęłam z ulgą ciesząc się, że na szczęście to nie był potwór z ociekającymi śliną kłami i pazurami do ziemi, po czym mimowolnie osunęłam się głębiej wtulając w ciepłe, męskie objęcia.
            No właśnie… objęcia?!
         Automatycznie szarpnęłam za otaczające mnie ramiona, próbując jak najszybciej się odsunąć, ale Blake tylko zacieśnił uścisk, przez co mocniej przywarłam plecami do jego klatki piersiowej. 
            — W porządku. — Usłyszałam kolejny szept tuż przy uchu i otoczył mnie przyjemny, cytrusowy zapach. — Nie uciekaj. Jesteś lodowata i cała się trzęsiesz.
            Faktycznie szczękałam zębami, choć sama nie wiedziałam czy to z zimna czy może z opuszczającego mnie nieprzyjemnego strachu. Poza tym mrowiące fale ciepła bijące od chłopaka, które co rusz nachodziły moje ciało sprawiły, że poczułam się nagle dziwnie zawstydzona.       
            — Sanders, puść mn…
Mężczyzna odsunął się, przerywając moją wypowiedź, ale zrobił to tylko na jedną sekundę, ponieważ w kolejnej byłam już niesiona na rękach do przytulnego salonu.
            — Gdzie zgubiłaś sprzęt, który ci dałem? — Spytał Blake udając, że nie widzi mojej naburmuszonej miny. Naprawdę byłam wściekła, że traktuje mnie jak lekki mebel, który można bez opamiętania przenosić z kąta w kąt. A jeszcze bardziej byłam wściekła, że mi się to podoba.
           — Jeśli mówisz o tym kawałku powyginanego badyla, to nie nadaje się on nawet na kija do pieczenia kiełbasek.
            Blake parsknął i posadził mnie na ciemnej kanapie, po czym z powrotem wyszedł na taras. Patrzyłam jak głupia za znikającym chłopakiem, będąc przekonana, że poszedł po wspomnianą laskę, ale on znów mnie zaskoczył, gdy usłyszałam dziwne trzaski, a po chwili zobaczyłam jak wraca z naręczem ułożonych, ciętych kawałków drewna. Jego mięśnie napinały się przyjemnie, gdy pracował, układając je przy palenisku, po czym bez słowa zabrał się za rozpalanie w kominku.
            — Gdzie byłeś? — Po kilku minutach przerwałam ciszę, ale zaraz zganiłam się w duchu, że zabrzmiało to jak wypytywanie swojego chłopaka przez zazdrosną nastolatkę. Nic jednak nie mogłam poradzić na to, że faktycznie byłam ciekawa gdzie tak długo się włóczył.
            — Byłem na zakupach — odpowiedział niewzruszony.
Szczęka opadła mi do ziemi. Przez moment patrzyłam się na niego oceniając, czy oby nie żartuje, a potem prychnęłam pod nosem.
            — No tak, zakupy… Pewnie zahaczyłeś od razu o kosmetyczkę.
Blake nie skomentował tego, ale lewy kącik jego ust, uniósł się lekko ku górze. Pomanewrował trochę przy dolocie powietrza, a w kominku buchnął ciemnopomarańczowy płomień. Patrzyłam jak spokojnie czeka aż dobrze się rozpali, a potem delikatnie przymyka wlot. Nagle poczułam jak żołądek ściska mi się z nerwów, ponieważ doszło do mnie, że to jest moment, w którym wreszcie powinniśmy poważnie porozmawiać.  Sanders jeszcze przez chwilę wpatrywał się w płomienie, a potem chyba wyczuł, że mu się przyglądam, gdyż niespodziewanie odwrócił głowę i nasze spojrzenia się spotkały. Moje serce zgubiło jeden rytm, nabrałam więc powietrza by nieco się uspokoić. Atmosfera w pokoju zrobiła się nagle bardzo napięta, a przedłużająca się cisza zaczęła mnie poważnie denerwować. Oderwałam wzrok od szmaragdowych tęczówek i przeniosłam go na własne splecione dłonie. Chwilę udawałam, że z zapałem podziwiam wypielęgnowane, bezbarwne paznokcie, dopóki głęboki głos nie przerwał mi tej fascynującej czynności.
            — Otwórz, to dla ciebie.
Zdezorientowana uniosłam wzrok, posyłając chłopakowi pytające spojrzenie.
          — Paczka — wskazał na pakunek leżący obok, na kawowym stoliku. Nie zauważyłam go wcześniej, ale też za specjalnie się nie rozglądałam. Albo gapiłam się na coś znacznie bardziej interesującego. Jeszcze raz zerknęłam w kierunku Blake’a, a potem wzruszając ramionami sięgnęłam po papierową torbę.
            — No, nie… — wypsnęło mi się, gdy rozchyliłam cienkie brzegi. Sięgnęłam do środka i wyjęłam eleganckie pudełko z zapakowanym w środku najnowszym modelem Iphone'a. Moje gardło opuściło ciche westchnienie.
            Nigdy nie goniłam za elektroniczną modą, nie można mnie też było nazwać zapaloną gadżeciarą, ale z drugiej strony nie musiałam być ekspertem, by domyśleć się, że to jeden z najlepszych telefonów, jakie ostatnio walczyły na komórkowym rynku.
            — Nie żartuj sobie Sanders. — Odłożyłam zawiniątko z powrotem na stolik. — Dobrze wiesz, że tego od ciebie nie przyjmę.
          — Wiem — chłopak uśmiechnął się przeciągle, nie odrywając ode mnie wzroku. — Na szczęście wspomniałem o tym Sarah kilka dni temu, gdy rozmawiałem z nią podczas twojej… niedyspozycji. Dała mi wtedy pieniądze i poprosiła, żebym kupił ci jakąś dobrą komórkę. Podpisana przez nią umowa jest w środku, łącznie z resztą gotówki. Ja tylko odebrałem telefon, który musieli przysłać z centrali.  
            Przez moment patrzyłam się na niego oniemiała. Wciąż niedowierzając, sięgnęłam jeszcze raz do torby i wyjęłam z niej kopertę z dokumentami. Rozerwałam papier i szybko przebiegłam wzrokiem po znajdującej się wewnątrz umowie zawartej na kolejne dwa lata. Podpis z pewnością należał do Sarah.
            — Chcesz powiedzieć — rzekłam, nadal nie będąc pewna, o co tutaj chodzi. — Że moja mama wydała tyle kasy na telefon?
Mężczyzna kiwnął głową.
            — Najwidoczniej uznała, że ci się przyda skoro poprzedni… nie nadawał się do użytku.
            Westchnęłam ciężko, jeszcze raz zerkając na podpis Sarah. Mama nigdy nie roztrwaniała na darmo pieniędzy, choć nie można było zaliczyć nas do ubogich osób. Zawsze żyliśmy na normalnym poziomie, mieliśmy wszystko co potrzebne, lecz nie z najwyższej półki. Uśmiechnęłam się smutno. Pewnie tym razem Sarah chciała mnie zaskoczyć i pokazać, że wcale nie jest tak technologicznie zacofana.
         Poczułam jak ściska mnie w dołku, więc szybko złożyłam dokumenty i wpakowałam je z powrotem do koperty. Trzęsącymi dłońmi rozfoliowałam pudełko i zaczęłam nerwowo bawić się nowym telefonem. Musiałam natychmiast doprowadzić się do porządku, bo inaczej groziło mi rozklejenie się w obecności Sandersa. Kolejny raz bym tego nie przeżyła. On pewnie też nie.
            — Amelio… — niski, spokojny ton przerwał moje wysiłki. Postanowiłam go zignorować i udawać zafascynowanie smyczą oraz słuchawkami dołączonymi do zestawu. W końcu to była bardzo ładna smycz z wyrysowanym logo wiodącego operatora telefonii komórkowej. Kątem oka zarejestrowałam jak Blake wstaje i odchodzi od kominka podążając w moim kierunku.
            Momentalnie cała zesztywniałam. To naprawdę nie była dobra chwila na jakiekolwiek pocieszenia, których zresztą nigdy bym się po nim nie spodziewała…
            Wsunęłam się bardziej w głąb siedziska widząc, że mężczyzna staje gdzieś z boku. Na szczęście nie podszedł bliżej, przez co dziękowałam Bogu, bo inaczej musiałabym uciekać, przeskakując przez oparcie kanapy. A nie byłam pewna, czy moja noga pokona taki manewr.
            — Jak będziesz tak uparcie wpychać słuchawki w otwór od ładowarki to obawiam się, że nawet gwarancja nie pokryje kosztów naprawy. — Podszyty rozbawieniem ton sprawił, że zastygłam na chwilę, spoglądając na swoje dłonie.
            Cholera.
            Faktycznie pomyliłam otwory, usilnie próbując wepchać metalową końcówkę do nieodpowiedniej dziury. Uniosłam dumnie głowę, tuszując zawstydzenie. Mój geniusz wręcz powalał na kolana.   
         — Martw się swoim celowaniem Sanders — burknęłam, ale zaraz uświadomiłam sobie dwuznaczność tych słów i automatycznie spłonęłam zdradzieckim rumieńcem. Niech to szlag! Czy ja naprawdę za każdym razem musiałam robić z siebie idiotkę w obecności tego padalca?! Usłyszałam ciche westchnienie i domyśliłam się, że Blake powstrzymuje śmiech. Świetnie. Chociaż jedno z nas dobrze się bawi.
            Zdenerwowana poskładałam cały nowy sprzęt, chowając go do pudełka. Dla polepszenia humoru, wyobraziłam sobie przy tym jak zmywam zadowolony wyraz z twarzy Sandersa. Ciekawe, czy gdybym podłączyła go do prądu też zaświeciłby się jak bożonarodzeniowa choinka? A może miał gdzieś przycisk on off? Zabawny obraz od razu pojawił się w mojej głowie, wywołując przy tym lekki uśmiech.
         — Grosz za twoje myśli…— głęboki głos sprawił, że aż podskoczyłam. Spojrzałam na Sandersa, który przypatrywał mi się ciekawie. Wciąż stał tam gdzie poprzednio i pomimo luźnego stroju, wyglądał jak model czekający na ekskluzywną sesję zdjęciową.
            — Chyba jednak nie chciałbyś ich znać — mimowolnie zaśmiałam się głośno i… zaraz potem zdałam sobie sprawę z rzeczy, której dokonał Blake.    
            Właśnie bez najmniejszych problemów poprawił mi humor.
Krótką, głupkowatą zaczepką sprawił, że nie pogrążyłam się w snuciu czarnych scenariuszy tylko przerzuciłam swoje myślenie na inne tory. Uniosłam głowę i napotkałam spokojny wzrok chłopaka. Sanders nawet nie ruszył się z miejsca, ale poczułam jak od jego intensywnego spojrzenia mrowi mnie skóra. Przez krótką chwilę pozwoliłam sobie podziwiać soczystą barwę jego tęczówek. Moje ciało ogarnęło przyjemne ciepło, rozchodząc się w przeróżne, odległe miejsca. W tym momencie z trwogą uświadomiłam sobie, że jeśli nie będę miała się na baczności mogę niepostrzeżenie… polubić tego chłopaka, a to zdecydowanie nie wróżyłoby nic dobrego.
         — Kim jesteś Blake? — To pytanie umknęło z moich ust wraz z ledwie dosłyszalnym westchnieniem. Byłam przekonana, że pożałuje, iż je zadałam, ale niespodziewanie poczułam dziwną ulgę. Za dużo było w moim życiu tajemnic. Za dużo było rzeczy, których nie potrafiłam zrozumieć. Powinnam dowiedzieć się wszystkiego już na samym początku, kiedy zobaczyłam jak goją się jego rany. Powinnam dużo wcześniej zauważyć, że za tym niespotykanym szmaragdem kryje się coś więcej…
            Mężczyzna zmieszał się odrobinę. W jego oczach dostrzegłam lazurowy przebłysk, jakbym naprawdę zaskoczyła go tym odważnym pytaniem. Być może myślał, że dalej mam zamiar uciekać od poznania prawdy. Zamrugałam chcąc odegnać dziwne wrażenie, jakie nagle mnie zalało, a gdy z powrotem uniosłam głowę, napotkałam poważne spojrzenie, które przyprawiło mnie o ciarki wzdłuż kręgosłupa. Tym razem Blake wyglądał bardzo pewnie, jakby podjął wreszcie decyzję, która męczyła go od dłuższego czasu. Niespodziewanie podszedł do kominka, dorzucił dwa kawałki drewna, a potem zamknął drzwiczki i nie wstając z klęczek spojrzał w moją stronę.
            Wstrzymałam oddech.
         Patrzyłam teraz w niepokojąco szczere, błękitne oczy. Oczy, które z całą pewnością nie należały do człowieka.
            — Jesteś pewna? — Spytał.
Poprawiłam się nieco na kanapie, bo nagle zrobiło mi się strasznie niewygodnie. Wiedziałam, o co mu chodziło, ale nie potrafiłam wykrztusić z siebie ani słowa. Wobec tego skinęłam jedynie głową.  
            Na moment zapadła głucha cisza, przerywana jedynie trzaskiem buchającego paleniska. Serce zaczęło bić mi przyspieszonym rytmem, kiedy Blake odetchnął głęboko, a potem wstał i przechodząc kilka kroków, usiadł w fotelu naprzeciwko. Pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach i kolejny raz obdarzył mnie spojrzeniem, od którego drętwiały mi nogi. Po kilku sekundach, jakby nigdy nic odezwał się znowu.
            — Jestem Kardianem.
 Zmarszczyłam brwi niepewna jak zrozumieć jego słowa.
            — Kardio… czym?
            Blake zaśmiał się bez cienia rozbawienia i lekko pokręcił głową, a potem nagle spoważniał i ponownie wwiercił się we mnie spojrzeniem. W lazurowych oczach dostrzegłam jakąś niespotykaną, dziką głębię, która uświadomiła mi nagle, że pewne słowa odmieniają nasze życie na zawsze.
         Przełknęłam ślinę. Takie spojrzenie nie powinno należeć do młodego, osiemnastoletniego chłopaka.
            — Jestem synem Dworu Lutriss — powtórzył spokojnie. — Czystej krwi Kardianem.
            Wyprostował się lekko, ale w jego postawie nie było arogancji. Raczej radość i duma z własnego pochodzenia. Zapadła długa, pełna napięcia cisza. Spuściłam wzrok trawiąc to, co powiedział.
            Tak naprawdę nie miałam zielonego pojęcia, kim bądź czym byli Kardianie, ani też nie słyszałam o żadnych „dworach”, choć nigdy nie byłam dobra z historii. Być może Sanders miał na myśli jakiś szlacheckich przodków, czy coś w tym stylu, bo przecież takie rzeczy często się zdarzały. Podświadomie czułam jednak, że za tymi słowami kryje się o wiele więcej niż mój umysł jest w stanie ogarnąć. Mimo to nie miałam zamiaru dalej uciekać.
            — A kim są Kardianie? — Spytałam prosto z mostu.
Blake spojrzał na mnie, lecz jego twarz nie wyrażała w tej chwili żadnych uczuć.
            — Kardianie to jedna z trzech ras, obecnie zamieszkujących ziemię.
Uniosłam brwi.
            — A jakie są pozostałe dwie?
            — Ludzie oraz Tenebris. — Ostatnie słowo wręcz wysyczał.
         Przełknęłam głośno ślinę i wzięłam głęboki oddech, ale z moich ust nie chciały wypłynąć żadne słowa. Do skołowanej głowy naleciało setki pytań, jednak teraz dla odmiany nie wiedziałam, czy chcę znać odpowiedź, choćby na jedno z nich. Być może dlatego, że słowo Tenebris źle mi się kojarzyło.
            — Mężczyzna, który mnie wczoraj zaatakował…
         — Należał do Tenebrysów — dokończył Sanders, kolejny raz potwierdzając moje domysły. — Dwóch poprzednich, którzy zaatakowali cię na początku semestru też byli przedstawicielami tej rasy. A stworzenie, które napotkałaś w dworku to ich maskotka.  
            Nagle poczułam jak zimne macki strachu wpełzają mi na plecy. Wypuściłam trzęsący się oddech i przetarłam dłońmi zmęczoną twarz. Miałam po dziurki w nosie złych wiadomości, a nie zapowiadało się by czekały mnie jakieś pozytywne rewelacje. Tym bardziej, że Sanders nawet nie miał świadomości, jakie ciekawe cuda widziałam w swoich koszmarach…
           Nagły ból w skroniach, dodatkowo spotęgował nadchodzący atak paniki. Wszystko układało się nie po mojej myśli i z pewnością wylądowałam w bagnie po same uszy. Na dodatek prześladowała mnie banda psychopatycznych… Tenedupków… A Blake nie był człowiekiem tylko nieznanego pochodzenia… Kardianem.
            Jęknęłam bezwiednie. Moje życie było tak gładkie i przyjemne jak zjazd gołą dupą po chropowatym żwirze. Uczucie otępienia rozlewało się po moim ciele niczym trucizna. Byłam przekonana, że zaraz od tego wszystkiego zwymiotuję na wytworną kanapę Sandersa. Odetchnęłam powoli żeby stłumić nadchodzącą panikę. Za wszelką cenę musiałam być twarda… Mama mnie potrzebowała.      
            — Nie pozwolę, by kolejny raz coś ci się stało — zdecydowany głos wyrwał mnie z transu.
         Uniosłam wzrok i napotkałam zatroskane i nieco napięte spojrzenie szmaragdowych oczu. Skołowana zamrugałam dwukrotnie. Jeszcze nie zdążyłam przyzwyczaić się do tej ciągłej zmiany kolorów.
         — Dlaczego twoje oczy zmieniają barwę? — Spytałam szczerze zaintrygowana.
Blake wzruszył ramionami.
            — To właściwość naszej rasy. Genetycznie nasze tęczówki mają intensywnie niebieski odcień, ale musimy to tuszować, by wkomponować się w towarzystwo ludzi. Inaczej zauważyliby, że jesteśmy inni.
            Skinęłam głową. To było całkiem sensowne. Choć chyba nie zdawali sobie sprawy, że ich uroda i tak przyciągała uwagę. Jeśli Lydia i Lucas również byli Kardianami, to tylko potwierdzało regułę…  
            — Do tej pory świetnie się ukrywałeś — oznajmiłam, wgapiając się w jego rysy. — Chociaż ostatnio kiepsko ci to wychodzi.
         Chłopak odchrząknął i przeczesał dłonią nastroszone włosy, ale tylko rozczochrał je jeszcze bardziej.
         — Ostatnio… straciłem sporo energii, a to nie współgra z utrzymaniem pozorów.
Uniosłam brwi nie widząc, co na to odpowiedzieć. Ponownie zaległa długa cisza. Na zewnątrz było już całkiem ciemno i gdyby nie pomarańczowe światło bijące od kominka, siedzielibyśmy w kompletnym mroku. O dziwo, ta intymna atmosfera jakoś mi nie przeszkadzała. Jedynie wciąż nie mogłam uwierzyć, że nasza rozmowa toczy się w tak dziwnym kierunku. Albo najzwyczajniej w świecie traciłam rozum albo to był tylko zwykły sen.
            Albo i jedno i drugie.
         W głowie od razu pojawiło mi się wspomnienie ostatniej bitwy nieopodal dworku, jaką miałam okazję wczoraj podziwiać. Wzdrygnęłam się bezwiednie. Nie – nawet ja nie miałam tak pokręconych koszmarów.
            — Boisz się?
Zmarszczyłam brwi, wracając wzrokiem do Sandersa. Na początku nie zrozumiałam o co chodzi, ale zaraz jego napięte spojrzenie powiedziało mi wszystko. Wyprostowałam się i prychnęłam rozbawiona.
            — Nie tak łatwo mnie wystraszyć — stwierdziłam, co przyjął z wyraźną ulgą.— Choć wcześniej dręczyła mnie pewna myśl… — przekrzywiłam głowę ewidentnie się z nim drażniąc. — Czy jak cię zdenerwuję też upieczesz mnie jak tamtego gościa?
Blake spojrzał na mnie spode łba.
            — Gdybym chciał „upiec„ cię za każdym razem jak mnie zdenerwujesz, to co drugi dzień chodziłabyś nieźle osmolona.
Mimo całej powagi sytuacji parsknęłam śmiechem.
            — Dobrze wiedzieć, że tak działam ci na nerwy. Od razu czuję się znacznie lepiej.
         Sanders wywrócił oczyma, ale widać było, że jest równie rozbawiony. Zatrzymałam się na moment. Dziwne, że jednak potrafiliśmy tak ze sobą rozmawiać. Bez widocznej nienawiści, lecz z przekorą. I to teraz, kiedy okazało się, że tak naprawdę ledwo go znam. Westchnęłam ciężko, przygnębiona pewną myślą.
            Przecież powinnam być z siebie autentycznie dumna – utwierdzałam się w duchu. Jedno z dręczących mnie pytań wreszcie znalazło swoje rozwiązanie. Wreszcie otrzymałam odpowiedź, na którą tak długo czekałam. Teraz jednak, zamiast cieszyć się ze szczerości rozmówcy, usilnie rozważałam czy oby na pewno jestem w pełni władz umysłowych. Trudno było tak po prostu przyjąć do wiadomości rzeczy wyjęte prosto z filmu fantasy... Rasy, potwory i tym podobne. Tak naprawdę wciąż miałam wątpliwości, co do poczytalności Blake’a choć po wczorajszym przedstawieniu powinny one całkowicie zniknąć.
            Zerknęłam w kierunku chłopaka, który teraz stał i zamyślony patrzył za okno. Mimo wszystko trzeba było przyznać, że przyjęłam jego rewelacje nadzwyczaj spokojnie. Nie wybuchłam, nie uciekłam jak wczoraj i przede wszystkim nie padłam kopytami do góry, rycząc ze śmiechu. Najwidoczniej byłam zdrowo rąbnięta.           
            — Czy Lukas i Lydia też należą do twojej rasy? — Przerwałam ciszę.
Blake skinął głową.
            — Tak — odrzekł nawet się nie odwracając.
         Powoli się wyprostował, wyciągnął ramiona nad głową, przez co jego koszulka podjechała w górę, odsłaniając na moment mięśnie brzucha. Rewelacyjne mięśnie brzucha. Poczułam ciepło w żołądku i spłonęłam nagłym rumieńcem. Cholera. Moja fizyczna reakcja na Blake’a wyraźnie wskazywała na to, że powinnam na nowo ożywić swoje życie towarzyskie. Zastanowiłam się przez moment...
            A może ci… Kardianie działali tak na każdego? Może to jakiś chwyt jak w powieściach o wampirach i ich mentalnych mocach? Rozmyślając, zmarszczyłam brwi. Nie. To nie mogło być to. Lukas też nie był człowiekiem, jego uroda na pewno wywoływała żeńskie ślinienie, a jednak nie reagowałam na niego tak intensywnie jak na Sandersa. Po prostu był bardzo przystojnym chłopakiem, na którego przyjemnie było popatrzeć, ale nie - chodzącym bogiem seksu i arogancji.
         Odwróciłam głowę i gorzko przełknęłam ślinę, bo niespodziewania napotkałam uporczywy wzrok Blake’a. Nie wiem jak długo mi się przyglądał, lecz z pewnością zdążył jeszcze zauważyć rumieniec pokrywający moje poliki. Niech to szlag! – skarciłam się w duchu. W tym momencie miałam szczerą nadzieję, że przedstawiciele ich rasy nie potrafią czytać w myślach, jak Edward ze „Zmierzchu”. 
            Wytarłam spocone dłonie o szare dresy Lydii i pokręciłam się niespokojnie. Usta mężczyzny zadrżały lekko, a ja głęboko wciągnęłam powietrze.
            — O co chodzi? — Spytałam od niechcenia.
            — Ty mi powiedz.
Wzruszyłam ramionami i zerknęłam na drwa płonące w kominku. Może pomyśli, że to od buzującego ognia zrobiło mi się tak gorąco i wyglądam jak dorodna, bordowa śliwka.
         — Zastanawiam się, co dalej robić — rzekłam szczerze i oparłam się o wygodny zagłówek.
         Naprawdę dumałam nad wszelkimi możliwościami. Dlaczego mnie to spotkało, gdzie się podziać, a przede wszystkim jak pomóc schorowanej Sarah? 
            — Czy wiesz, że tamten… mężczyzna… był sprawcą stanu, w jakim znajduje się moja mama? — Oznajmiłam widząc, że Blake wciąż milczy. — Przyznał się do tego podczas wczorajszego napadu…  
            Poczułam, że głos mi się łamie.
            — T… ten potwór wyglądał na bardzo z siebie zadowolonego. Jakby jej cierpienie sprawiło mu ogromną satysfakcję. Jakby to, że moja mama… — Zamilkłam, zdając sobie sprawę, że więcej słów może poskutkować kaskadą łez. Ostatnio w moim życiu było ich tak wiele, że groziło to wywołaniem powodzi.
            Blake zmrużył oczy i lekko się skrzywił. Odniosłam wrażenie jakby chciał podejść bliżej, ale nie zrobił ani kroku. Tylko jego oczy znów zamigotały odcieniem błękitu, a potem przygasły.
            Przez chwilę nastała uporczywa cisza, a atmosfera w salonie stała się napięta niczym w filmie grozy przed kulminacyjną sceną. Miałam ochotę zerwać się z kanapy i uciec stąd jak najdalej, ale w miejscu zatrzymał mnie zimny ton Sandersa. 
            — To dlatego byłem wczoraj taki wściekły — zaczął i zamilkł na kilka sekund, po czym kontynuował wypranym z emocji głosem, patrząc z powrotem za szybę:
            — Lydia zadzwoniła i powiedziała, że wypłoszyła tropiciela z pokoju Sarah. Była zdenerwowana i ledwo co ją rozumiałem, a to nie wróżyło nic dobrego. Powiedziała też, że musi dokładnie sprawdzić, co z twoją mamą, a na koniec dodała, że nie była w stanie powstrzymać Lukasa, który rzucił się w pogoń za napastnikiem. Idiota.  
            Oddychałam szybko, wpatrując się w niego zaskoczona. Mimo spokojnego, zimnego tonu, widać było, że Blake jest napięty jak struna w wyregulowanych do granic możliwości skrzypcach. Przeczesał dłonią zmierzwione włosy. Zauważyłam, że robił tak zawsze, gdy był zdenerwowany. Chwilę milczał. Zdawał się zastanawiać, co dalej powiedzieć aż w końcu odwrócił się w moją stronę. W tym samym momencie poczułam jak moje serce przyspiesza, a oddech grzęźnie w gardle, gdy w szmaragdowym spojrzeniu wymalowało się nagle tyle emocji. Poczucie winy, wściekłość i coś jeszcze, może smutek?
         — Nie wiedziałem, co zdążył zrobić Sarah — głos Sandersa brzmiał stanowczo. — Ale wiedziałem, że Lydia tam jest by jej pomóc. A ten pieprzony imbecyl pobiegł sam za wyjątkowo niebezpieczną żmiją. Całkowicie sam, bez żadnej obstawy! Gdyby go dogonił…— Blake zacisnął dłonie w pięści. — Gdyby go dogonił nie poradziłby sobie w pojedynkę. Lukas jest na to jeszcze za słaby… Nie mogłem ryzykować. Musiałem cię zostawić.     
            Planowałam się odezwać, powiedzieć coś, ale nagle zaschło mi w gardle. Wróciłam myślami do wczorajszego popołudnia i przypomniałam sobie widok zdyszanego Lukasa, którego spotkałam na parkingu koło szpitala. Wyglądał jakby przebiegł kawał drogi, gdy tak włosy lepiły mu się do czoła, a pot spływał po skroni. Przez głowę przeleciał mi obraz Blake’a, który wściekle zaciskał dłonie na kierownicy pędzącego samochodu.
Wzdrygnęłam się czując dreszcz przebiegający po całym ciele.
            Gdybym wiedziała, że mój jedyny brat leci na spotkanie z krwiożerczym potworem, z którego może już nigdy nie wrócić, też pewnie nie zważałabym na żadne przepisy drogowe byleby tylko dotrzeć na czas. Tak samo jak nie opuszczałabym łóżka Sarah wiedząc, co może ją spotkać. Sanders nie musiał mi się więc tłumaczyć. 
            — Naprawdę nie podejrzewałem, że tropiciel odważy się wejść do gniazda ludzi — kontynuował, znów krążąc niespokojnie po pokoju. — Ale na wszelki wypadek czuwaliśmy przy twojej mamie, by po wszystkim przenieść was w bezpieczne miejsce. Nie spodziewałem się, że coś takiego się stanie. Oni nigdy tak nie działają, Mel. Straciłem czujność... Przykro mi. — Powiedział to takim tonem, jakby naprawdę mógł oddać wiele, byleby wczorajszy dzień w ogóle się nie wydarzył.
            Nie musiałam czuć napływającej fali ciepła, by wiedzieć, że mu uwierzyłam. Chłopakowi, którego nienawidziłam od lat, a który teraz z jakiś pokręconych powodów starał się mi pomóc. Choć sama nie wiedziałam, dlaczego akurat ja wymagałam tego wsparcia. Przecież nie byłam nikim niezwykłym, nie stanowiłam żadnego cennego towaru, za którym mogłaby gonić banda nieziemskich potworów.
A jednak. Z tego, co zrozumiałam w tym wszystkim chodziło właśnie o mnie.
            — Miałeś rację Blake — wyszeptałam, gdy już byłam pewna, że jestem w stanie mówić. Kątem oka zauważyłam, że chłopak się odwraca i we mnie wpatruje. —  Nie ma w tym twojej winy, więc przestań sobie wyrzucać wczorajszy dzień.
Czułam jak ogarnia mnie ból. Słowa ciężko przechodziły przez gardło.
            — Wczoraj ten mężczyzna zasugerował coś jeszcze… Powiedział, że szukał mnie od dawna, bo… bo ktoś chce mnie widzieć. — Moje serce waliło jak oszalałe, a wyrzuty sumienia i strach wgryzały się w nie ostrymi zębami.
            — Nie mam kompletnie świadomości, o co chodzi i komu mogłam zaleźć za skórę — wymamrotałam kręcąc głową. — Nie wiem też nic o… waszym rodzaju, ani o tych okrutnych bestiach, z którymi walczyłeś. Ale napastnik doskonale wiedział, co mówi i zdecydowanie chodziło mu o mnie. Wspomniał coś o moim zapachu i tym jak ktoś próbował go zatuszować.
Spuściłam głowę i schowałam ręce między nogi, bo nie chciały przestać drżeć.
            — Od samego początku chodziło o mnie Blake… — mój głos był coraz cichszy. — Mama była jedynie… przypadkowym środkiem do celu. 
            Gdy skończyłam swój wywód ponownie zaległa cisza. Myślałam, że po tym całym wyznaniu poczuję się lepiej, lecz wypowiedzenie na głos swoich zmartwień tylko spotęgowało ból. Nie mogłam jednak pozwolić, by Sanders bezpodstawnie wyrzucał sobie coś, co było tylko i wyłącznie moją winą, choć jeszcze tak niedawno zrzucałam wszystko na niego. Nawet jeśli miał świadomość, że Sarah może cokolwiek grozić, to i tak zrobił więcej niż ja. A przecież nie musiał. Teraz wiedziałam, czemu nie mógł od razu powiedzieć mi prawdy, nie zdradzając przy tym swojego pochodzenia. A wątpię bym bez zobaczenia na własne oczy jak… zmienia się jego ciało, była w stanie uwierzyć w jakiekolwiek pokręcone słowa swojego odwiecznego rywala.
            Westchnęłam ciężko i na moment schowałam twarz w dłoniach. Musiałam z powrotem wyobrazić sobie wielką, metalową szafę w swojej głowie, by powrzucać do niej kolejny stos zmartwień i zatrzasnąć pancerne drzwi. Z pewnością istniało jakieś wyjście z tej sytuacji. Tylko jeszcze nie potrafiłam go dostrzec.
            Delikatny dotyk ramienia natychmiast wybudził mnie z zamyślenia, a lekki mrowiący prąd całkowicie otrzeźwił. Szarpnęłam głowę i omal nie uderzyłam nią o szczękę Blake’a, który kucając dotknął mojej ręki. 
            Mój oddech natychmiast przyspieszył, pierś unosiła się i opadała, jakbym przebiegła kilkukilometrowy maraton. Wzdrygnęłam się nieznacznie, lecz chłopak musiał to zauważyć, ponieważ przez ułamek sekundy na jego twarzy wymalowało się coś na kształt rozczarowania, po czym odsunął się spokojnie, wstał i z powrotem usiadł w fotelu naprzeciwko. Siedzieliśmy chwilę w kompletnej ciszy. Zrobiło mi się głupio, że tak dziwnie zareagowałam na zwykły, pocieszający gest.
            W jasnym blasku kominka rysy Sandersa wyglądały jak odlane z mosiądzu. Mocna linia szczęki, prosty nos i świetnie skrojone usta, były niczym wyrzeźbione ręką wprawnego artysty. Zaś oczy… oczy błyszczały w tej chwili ludzkim, szmaragdowym odcieniem.
            — To nie jest twoja wina — słowa Blake’a nie miały w sobie ani grama sztuczności. Byłe stanowcze i szczere. Takie, jakie chciałam usłyszeć. — Jedynym winowajcom jest ten, kto skrzywdził Sarah. I choć to marne pocieszenie… Zapłacił już za to swoją cenę.
            Spuściłam wzrok przyjmując to, co powiedział. Mimo iż jego głos zabarwiony był współczuciem, nie czułam żeby się nade mną litował. To kilka prostych słów przyniosło mi dziwne ukojenie, choć wyrzuty sumienia całkiem nie zgasły.
            — Domyśliłem się, że chodzi o ciebie — rzekł niespodziewanie, znów przyciągając tym moją uwagę. — Pierwszy raz, gdy napadło cię dwóch Mrocznych to był kompletny przypadek. Gdybym nie jechał tamtego wieczora do ciebie w sprawie referatu…— urwał, a jego twarz nabrała osobliwego wyrazu. Nie potrafiłam jednak powiedzieć, co się za nim kryło. Odchrząknął, by dalej kontynuować:
            — Potem zaczęło się pojawiać ich znacznie więcej. Kiedy jakiś czas później zobaczyłem ogara w waszym dworze, byłem już niemal pewny swoich podejrzeń. Ogar jest zwiadowcą, którego nie wysyła się bez powodu. Ktoś ewidentnie na was polował. Na ciebie, bądź Sarah. Jednak dopiero, gdy… zachorowałaś, a kobieta zwróciła się do nas o pomoc, moje wątpliwości całkowicie zniknęły. Wiedziałem, że to ty jesteś na celowniku.
            Blake zamilkł, a nagła cisza sprawiła, że się wzdrygnęłam. Jego słowa nie brzmiały jak zarzut, lecz w moim wnętrzu i tak zapanował kompletny chaos. Nic z tego nie rozumiałam. Nagle wszystkie wydarzenia ostatnich kilku tygodni wydały mi się całkowicie bez sensu. Nasza przeprowadzka w tak odludne miejsce, niefortunna napaść już z samego początku semestru, koszmary, potwory i gadające lustro – wszystko to wirowało w mojej głowie aż poczułam, że zaraz pęknie na pół.
            Potrząsnęłam nią, próbując odgonić napływające obrazy, ale jedna niepokojąca rzecz wciąż nie dawała mi spokoju, chcąc wydostać się na światło dzienne. Jeden istotny szczegół gdzieś mi umykał, więc musiałam koniecznie go uchwycić. Musiałam dopasować brakujący element skomplikowanej układanki, lecz potrzebowałam do tego jakiegoś punktu zaczepienia. Odnalazłam wzrokiem siedzącego po przeciwnej stronie Blake’a i bezwiednie wpatrzyłam się w jego oczy. Oczy, które miały teraz zdumiewający kolor błękitu. Barwę jaskrawego, bezchmurnego nieba.
            I wtedy to zrozumiałam. W momencie, kiedy dopasowałam ostatni element moje serce zatrzymało się na jedną, krótką chwilę.
            Sarah o wszystkim wiedziała.
            Wiedziała, że coś dziwnego dzieje się wokół nas, ale nie dała nic po sobie poznać. Wiedziała, że coś nam grozi, ale nie pisnęła ani słowa. Co dzień spanikowana rozglądała się na boki w poszukiwaniu niewiadomego zagrożenia, a ja zwyczajnie byłam przekonana, że to przez jej roztrzepany charakter, że to śmierć taty rzuciła na nas swoje piętno i wkrótce wszystko wróci do starego ładu. Odżyjemy w nowym miejscu. Z nowym nastawieniem.  
            Przed oczami stanęła mi kobieta w lustrze, a mój żołądek ścisnął się boleśnie. Tamtej pamiętnej nocy nieznajoma zaproponowała, bym zwróciła się do Sarah o pomoc. Powiedziała, że moja mama będzie wiedziała, co robić… Poczułam, że brakuje mi tchu i ze świstem wciągnęłam powietrze, przymykając oczy. Nim powieki całkowicie mi opadły zauważyłam jeszcze, że Blake się podnosi, więc wyciągnęłam szybko rękę, by powstrzymać go przed podejściem.
         W tej chwili musiałam sama wszystko przetrawić. Potrzebowałam w kompletnym spokoju przemyśleć każdy, najdrobniejszy szczegół, lecz zanim to się stanie, musiałam jeszcze dowiedzieć się najistotniejszej rzeczy.
            — Czy wiesz kim są Błękitni? — Spytałam Sandersa, unosząc powieki i wlepiając w niego baczny wzrok. Prawdopodobnie znałam już odpowiedź.   
            Blake milczał przez chwilę, mrużąc oczy, jakby zastanawiał się skąd znam to określenie. A potem jego twarz nagle złagodniała.
            — Dawno nie słyszałem tego wyrażenia — oznajmił z nutką żalu w głosie. — Kiedyś tak nas nazywano, z racji koloru krwi oraz znaczeń. Dziś jesteśmy po prostu Kardianami.  
            Gdy to usłyszałam ogarnęła mnie najpierw fala gorąca a potem zimna. Zagapiłam się na chłopaka, nie wiedząc, co mogę powiedzieć. Zwyczajnie mnie zatkało, choć moje podejrzenia oczywiście okazały się słuszne. Dziwiłam się tylko, że wpadłam na ten pomysł dopiero teraz, kiedy wokół było tyle wskazówek. Serce nie przestawało bić mi przyspieszonym rytmem, wbiłam więc spojrzenie w ogień za kominkową szybą, by choć na moment uspokoić skołatane nerwy.
            Kobieta z lustra, nie ważne czy była to mara czy dziwna halucynacja, próbowała naprawdę mnie ostrzec. Wspominała o Mrocznych i o tym, że wpadli na mój trop. Zasugerowała, że jedynie Błękitni będą w stanie mnie ochronić. Wiedziała też, że Sarah jest osobą, która może się z nimi skontaktować, co oznaczało, że mama miała pełną świadomość istnienia innych ras oraz tego, że grozi nam niebezpieczeństwo. A jednak z niczym się nie zdradziła... Dlaczego?
            — Dlaczego co? — Podskoczyłam na dźwięk głosu Blake’a. Odwróciłam głowę, zdając sobie jednocześnie sprawę, że to pytanie musiało wypsnąć mi się przez usta.
            Błękitne jak niebo oczy wpatrywały się we mnie uparcie. Znów pomyślałam sobie, jakie to dziwne, że to właśnie ja siedzę tutaj naprzeciwko niego. Jaki to paradoks, że akurat nasza dwójka znalazła się w tej niecodziennej sytuacji… Zwykła, nieszczególnie wyróżniająca się z tłumu nastolatka, o włosach koloru dojrzałej czereśni oraz nienawidzący jej od lat chłopak, oprawca a jednocześnie wybawiciel, potwór i anioł w jednym. Byliśmy jak ogień i lód, czerwień i… błękit.
            Błękit, który w tym momencie stanowił dla mnie ostatnią deskę ratunku.
            Siedziałam przez chwilę w milczeniu, starając się odnaleźć w sobie dość odwagi, by zadać kolejne pytanie, które właśnie pojawiło się w mojej skołowanej głowie. Drżące dłonie zacisnęłam w pięści.
            — Dlaczego… — zaczęłam, prostując się i nabierając głęboko powietrza. — Dlaczego to właśnie ja, Blake? Dlaczego teraz? Co takiego jest ze mną nie tak?! Jestem przecież prostym, malutkim człowieczkiem, który chce żyć jak każdy inny. Nie mam nic znaczącego do zaoferowania… Nic, co mogłoby stanowić jakąkolwiek większą wartość… — Żal i ból wylewały się ze mnie wraz z potokiem słów. — Kim więc do cholery dla nich jestem, że nie potrafią dać mi spokoju?!  
            Przerwałam, dysząc ciężko, ponieważ miałam wrażenie, że mój świat nagle się kurczy. Że wszystko w nim jest pokręcone, nie takie jak powinno. Najgorszy był jednak brak kontroli… brak kontroli nad czymkolwiek, czego się dotknęłam. Wydawało mi się, że nie mam wpływu na to, co się ze mną stanie, a w szczególności na to, co stanie się z mamą.  
            Sanders wstał z fotela, kolejny raz podszedł do okna przez moment wpatrując się w przestrzeń za szybą, a potem powoli się odwrócił. Chwilę błądził po mnie wzrokiem, jakby chciał znaleźć odpowiednie słowa. W końcu poddał się, westchnął i przeczesując dłonią sterczące, ciemne włosy, wreszcie się odezwał:
            — Nie wiem kim jesteś, Amelio… — Patrzył na mnie z taką intensywnością, że aż się zarumieniłam. Moje serce dziwnie zabiło.
            — Ale na pewno wiem, kim nie jesteś — dodał.
            Zesztywniałam i cofnęłam się gwałtownie w głąb kanapy. Ogarnęło mnie nieprzyjemne uczucie. Ściśnięty żołądek ostrzegał przed tym, co nieuniknione. Nawet zraniona noga kolejny raz dała o sobie znać. Miałam ochotę zakopać się w czarnej dziurze, albo zatrzasnąć w wyimaginowanej szafie w swojej głowie i już z niej nie wychodzić. Mimo to spytałam:
            — Kim w takim razie nie jestem, Blake?
Mężczyzna wahał się tylko przez chwilę, jakby sam nie wiedział, czy jestem gotowa na te słowa. Jego głos przepełniony był spokojem, lecz oczy dziwnie błyszczały.
            — Człowiekiem… — zaczął, a ja nie mogłam oderwać wzroku od jego ust, kiedy mówił. — Z pewnością… Nie. Jesteś. Człowiekiem.


_____________________________________________________________________


Drodzy Czytelnicy!
Ten rozdział jest nieco krótszy od poprzedniego, ale chociaż wstawiony wcześniej. Miałam co do niego wieeele wątpliwości i w gruncie rzeczy nie bardzo jestem zadowolona z ostatecznego efektu, postanowiłam jednak już nic nie zmieniać.
Wiem, że mało w nim akcji, no ale cóż…
Blake wreszcie przyznał się głośno, kim naprawdę jest, choć pewnie nic Wam to nie mówi. Podobnie zresztą jak Amelii : ) Oczywiście z pełną premedytacją nie odkryłam wszystkich kart, ale obiecuję, że od teraz – kawałek po kawałku – przedstawię Wam świat, do tej pory kompletnie nieznany głównej bohaterce. Dziewczyna znów stanie przez pokręconą zagadką. Zagadką własnego pochodzenia. A do tego ma na karku ścigających ją Mrocznych…
Jak myślicie - kto będzie starał się pomóc jej w odkryciu prawdy o sobie samej? : ) Odpowiedź wydaje się oczywista, choć mam nadzieję, że od czasu do czasu uda mi się Was zaskoczyć.
W każdym razie, ścieżka naszych głównych bohaterów nie będzie usłana różami, zaś chwilowy „rozejm” jaki wydawałoby się powstał między panną Green i Sandersem, nie raz zostanie poddany próbie… Głównie z powodu „zadziorności” ich charakterów ; )
Chciałam bardzo podziękować Wszystkim, którzy jeszcze tu zaglądają, mimo strasznej nieregularności wstawiania rozdziałów. Każda opinia – pozytywna czy negatywna – jest dla mnie prawdziwą motywacją do dalszych starań : ) Dlatego jeśli przeczytacie – skrobnijcie coś proszę… choćby kilka słów.
Pozdrawiam Wszystkich serdecznie,
Whiteberry  

33 komentarze:

  1. Po prostu genialne! Wpadłam na to opowiadanie parę dni temu i jestem zachwycona. Świetnie wszystko opisujesz,zawierasz każdy szczegół, emocje no wszystko. Na pewno zostanę na dłużej i z niecierpliwością czekam na nowy rozdział. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogromnie się cieszę, że do mnie zajrzałaś i chcesz zostać na dłużej : )
      Walczę z tymi opisami i czasami wydaje mi się, że jest ich za dużo, a czasem za mało... Trudno jest znaleźć złoty środek, ale podobno ćwiczenie czyni mistrza ; )
      Dziękuję Ci za miłe słowa i pozdrawiam : )

      Usuń
  2. Jesteś po prostu świetna. Gratuluje talentu i całego bloga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję. Jeszcze daleko mi do naprawdę sensownego poziomu, ale z pewnością będę się starać : )
      Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  3. wow kawal niezlej roboty normlanie wow szczeka mi opadla :D pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za te miłe słowa: ) pozdrawiam!

      Usuń
  4. Piękne opisy, oraz ciekawie napisane, dzięki czemu można ładnie sobie wszystko wyobrazić, a spora ilość tekstu, aż zadowala oczy! :D Nie wiem, dlaczego nie jesteś zadowolona z tego rozdziału, ponieważ dla mnie jest on cudowny! ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiałam się, że za mało w tym rozdziale akcji, poza tym chciałam jeszcze popracować nad reakcją Amelii na te wszystkie niecodzienne rewelacje, ale w końcu zostawiłam jak jest ; ) Ogromnie się cieszę, że mimo moich wątpliwości rozdział się spodobał :)
      Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  5. Wow! Jestem zachwycona! Czekam z niecierpliwością na następny rozdział! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa : ) Nie wiem kiedy wstawię kolejny rozdział, pracuję nad nim, ale ciut opornie mi idzie. Ważne jednak, że powoli się pisze; )
      Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Uwielbiam to opowiadanie. W życiu nie spotkałam sie z lepszym.. naprawdę, słowo którym moge je opisać to cud. Zakochałam się w bohaterach juz od pierszego rozdzialu.. z wielka niecierpliwoscia czekam na na następny rozdzial.. obys napisała ich jak najwięcej, bo przeczytanie kolejnego rozdzialu tego opowiadania mogę nazwać teraz swoim marzeniem.. pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rany - jestem zaskoczona, że Twój odbiór mojego opowiadania jest aż tak pozytywny. Oczywiście mile zaskoczona - tym bardziej, że ja widzę w nim wiele wad. W każdym razie dziękuję za miłe słowa i pozdrawiam : )

      Usuń
  7. Jeszcze nie ma? :(( prosze daj juz ten życiodajny nektar..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety rozdział się pisze, ale baardzo powoli, więc uczciwie ostrzegam, że raczej szybko go nie wstawię :(

      Usuń
  8. "Kiedy ja do czorta depilowałam ostatnio nogi?!" - to jest takie życiowe <3
    Tak ogólnie to hej! :D jestem zachwycona, czytałam nie mogąc się oderwać i wciąż jestem ogromną fanką! Z niecierpliwością czekam na dalszą część :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogromnie się cieszę, że tak wiernie trwasz przy moim opowiadaniu: ) Faktycznie typowy dylemat każdej kobiety to te ciągłe depilacje ; )) Chyba musimy Amelii zafundować laserówkę ;D
      Jeśli chodzi o kolejną część to tym razem uczciwie zaznaczam, że nieprędko to będzie : (
      Ale jak już wstawię, to postaram się by warto było czekać : )
      Dziękuję za odzew i serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  9. Cudowne, po prostu kocham <3
    Twój styl pisania, fabuła! Ahh chce się więcej! Jesteś niesamowita :)!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję : ) Pisanie to oprócz ciężkiej pracy również przyjemność, ale największą satysfakcję sprawia fakt,że komuś owe wypociny przypadły do gustu ; )
      Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  10. wszystkie rozdziały przeczytałam już dwa razy!!! Nie mogę doczekać się kiedy będzie dalsza część, jest super! To moje ulubione opowiadanie. Kiedy dalsza część??? Proszę pospiesz się :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, ale nieprędko wstawię kolejny rozdział. Mam raptem kilka stron. W tej chwili jestem w ciągłych rozjazdach więc do pisania siadam bardzo rzadko. Sama czekam z utęsknieniem aż będę mogła trochę odpocząć i złapać chwilę na pisanie dalszych losów Amelii i Blake'a :|

      Usuń
  11. Świetne opowiadanie! Szkoda że tak długo trzeba czekać na kolejne rozdziały, ale przyznaje że warto. Czekam z niecierpliwoscia az cos dodasz!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za cierpliwość. Jak widać potrzeba jej wiele, bo regularność u mnie żadna :\ Jestem w trakcie kolejnego rozdziału, ale idzie mi strasznie opornie. Nie wspominając o tym, że usiadłam do dalszego pisania dopiero dwa dni temu :\ Myślę, że trochę to jeszcze potrwa, ale mam nadzieje, że jak już uda mi się wstawić „11” to z kolejnymi będzie szybciej.
      Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  12. Nie wiem czy wspomniałam ale KOCHAM KOCHAM twoje opowiadanie. Znalazłam chwilę aby zaglądnąć do innych i aż podskoczyłam z radości że są nowe rozdziały oczywiście chodzi o 9 i 10.
    I z ręką na sercu mogę powiedzieć że jestem mega nakręcona na kolejne rozdziały, spore te rozdziały ale nim się obejrzałam kończyłam już 10.
    Biedna Amelia, jestem ciekawa czy jej mama wróci do formy, szkoda mi dziewczyny została sama i na dodatek nie wie co się wokół niej dzieje i dlaczego.
    Nie wiem czy to dziwne ale podoba mi się taka burzliwa relacja między Amelią a Blake'm to dodaje trochę pikanterii do opowiadania i te ich śmieszne uwagi, a najbardziej podobała mi się akcja w łazience szczerze się uśmiałam, zresztą nie tylko wtedy ale za każdym razem gdy ze sobą rozmawiają.

    Czekam z niecierpliwością na 11 rozdziału mam nadzieje, że już niebawem dowiemy się czym/kim jest Amelia.
    Pozdrawiam kochana i życzę DUŻO weny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że mnie odwiedziłaś : ) Rzadko wstawiam rozdziały, ale wciąż nie zapominam o pisaniu : )
      Amelia faktycznie łatwo nie ma i na razie nie zapowiada się by dziewczyna miała z górki. Ale co się odwlecze to nie uciecze… Dobrze, że ma jakiegoś „pomocnika” nawet jeśli ich relacja jest skomplikowana ; )
      Jeszcze trochę potrwa nim Amelia odkryje kim tak naprawdę jest, ale za to wiele wydarzy się po drodze ^_^
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam!

      Usuń
  13. Uwielbiam twoje opowiadania. Są świetne! Szczerze, to według mnie piszesz o niebo lepiej od wielu znanych pisarzy. Nie mogę się doczekać następnego rozdziału.
    Bardzo też chciałabym dowiedzieć się jakie moce ma Amelia i kim tak dokładnie jest. Jednym słowem genialne i strasznie wciągające.
    Pozdrawiam.<3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że z tym pianiem to jeszcze duuużo mi brakuje do jakiegoś dobrego poziomu, ale dziękuję za te miłe, budujące słowa : )
      Przed Amelią jeszcze wiele przygód i odkrywania swoich korzeni : ) I oczywiście kłótni z Sandersem ; )
      Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  14. Czy będziesz dalej pisać to opowiadanie? Bo od dłuższego czasu nie ma następnego rozdziału... Jeśli nie to będę płakać przez następny tydzień. Błagam, dodaj następny!!!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam – faktycznie przerwy są niebotycznie duże. Regularność u mnie jest żadna, przez co łatwo się zniechęcić. Niestety mam strasznie mało czasu na pisanie, czasem przez miesiąc nie mam możliwości znalezienia chwili – stąd te przerwy. Zapewniam jednak, że opowiadanie wciąż jest w trakcie tworzenia : )
      Dziękuję za komentarz i serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  15. hej! właśnie znalazłam twoje opowiadanie :) no może jakieś parę godzin temu, i dzięki Bogu! Przynajmniej miałam sporo do przeczytania :D może dasz rade wstawiać krótsze rozdziały, a częściej? hmm... chociaż krótsze pewnie zostawią niedosyt :(
    No nic, mam nadzieję, że znajdziesz czas na pisanie, bo wychodzi Ci to świetnie :) uwielbiam twój styl i te życiowe wstawki, które spotykają każdego.
    Powodzenia w dalszym pisaniu :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Hej. Jakoś w zeszłym roku trafiłam na tego bloga ale nie wiem czemu po kilku rodziałach przestałam czytać.. Wczoraj wróciłam bo przypomniałam sobie że mi się podobało.. Naprawdę suuuper się to czyta!!!! Te emocje..tajemnice..klimat...miodzio! Aż chce się czytać dalej, żeby wiedzieć co dalej?! Pozdrawiam i życzę duuużo weny i nie przestawaj!!! Plis pisz dalej!!!!

    OdpowiedzUsuń
  17. Dlaczego nie piszesz na wattpadzie?

    OdpowiedzUsuń
  18. To jest świetne, niesamowicie wciągające - czytałam z zapartym tchem. Te potyczki słowne Amelii i Blake'a ożywiały treść, nie to że bez nich byłoby drętwo, ale wprowadzały sporą dawkę humoru i emocji. Oby tak dalej :) Z niecierpliwością czekam jak dalej potoczą się losy Amelii.

    OdpowiedzUsuń
  19. Proszę daj jakikolwiek znak życia...

    OdpowiedzUsuń